FanFiction.pl wiersze poezja serwis poetycko - literacki

u t w ó r


kategoria : Proza / Proza faktu / Filozoficzna



Łąka

a u t o r :    trzyczternascie


w s t ę p :   

o pewnej łące między nami



u t w ó r :

Bum bu, bu,m. Tak to zazwyczaj z grubsza wygląda. Mówisz mi czasem, że życie jest trudne, ciężkie, skomplikowane i do dupy, dobra wszystko dobrze tylko powiedz mi mała skąd taka OPINIA? Bo jak tu ocenić skoro nie ma punktu odniesienia? Mówisz mi życie jest wspaniałe, jak to mówią „wyjebane w kosmos”. Zgorszony? Bardzo dobrze, bo takie życie jest, nawet jeśli po mojemu nie traktujemy relatywistycznie, bo relatywizm, też jest względny.
Chodź kochaj się ze mną…
Nie pisz mi kochanie więcej „do przypadkowego zobaczenia”, nie pisz, że jesteś bez serca, mała.

A ona mówi, że ma „Strasznego Zjeba w Głowie” i oć, oć, oć do mnie. Bo Ty jesteś moje panaceum, mój lek na wszelkie zło, moje ty, moje Pacan-eum. Idę, biegnę, pędzę z kałużami w butach, co mi chlupią w rytm chodników, co chlupią kiedy myślę.
I jestem też trochę artysta, a to niebezpieczne dla ogółu. Chce wyrazić czerwień hibiskusa, i nie mogę, nie mogę, a jak nie mogę to zjadam ten czerwony kwiat i mam go w sobie, mam.
Ciebie w sobie mam, jak tę czerwień hibiskusową, i ty masz mnie. Słyszymy, fajerwerki, które wypuszczone w powietrze, mkną, mkną. To jest ta idealna chwila, ten szczyt wszystkiego, ta alfa i omega, to kocham i nienawidzę. Mówisz: „tylko nie rozumiem czemu najpierw się nie chodzi na randki tylko od razu się trza całować i chodzić do lóżka.” A ja mówię; przepraszam, kochanie, ja idę dalej, jestem biedny, zagubiony dzieciak, co mówi nic, gdy coś czuje. Małolat, małolat, chodź na łąkę zieloną, wielką i ogromną, niezmierzoną centymetrami, kilometrami, miłościami. Chodź położymy się w czerwonym, wielkim, puchowym śpiworze, spojrzymy w tę niebieską studnię bez granic. Panie, Panie składam hołd, obróć mnie z powrotem w proch. Ona mówi chodź kochanie pokaże Ci, że dom może portem być gdy sztorm. Mówili w szkole katolickiej, że gdzieś ta wyspa ciszy jest. Mówi: i tobie nic nie przeszkadza ze ja mam 21 lat mieszkanie i bagaż smętnych doświadczeń?
Ja idę dalej, ja przepraszam idę dalej. Ja nie mogę tak stać w miejscu, jak głaz. Płynę jak ta proza, tekst górskiego potoku co przez ułamek sekundy jest trwały, a później biegnie, płynie, ewoluuje. Lekcja matematyki i mówią, prawdopodobieństwo zbioru A i zbioru odwrotnego równa się jeden, a ja myślę jakie jeden, jakie, jeden, prawdopodobieństwo wyrażam w liczbach? Ja tu słyszę oć, oć, oć do mnie, widzisz tu liczby? I te hipopotamy, potamy , tamy i my, co jest twoim zwierzęcym uosobieniem mocy? Pingwin, pingwin wrzeszczą mi przez ramię. Ja nic nie mowie, idę dalej. Widzę czasem tę biała lokomotywę, tę śmierć ze Stachury, i mknie ona, biedna mknie, a ja przepraszam, idę przecież dalej.

Ej, chłopcze, a czemu Ty piszesz? Pisz, pisz bo fajnie czytać takie inne światy. Chaos magiczny. Inne światy, nasze własne. Mówisz, że to magiczne, ja nie jestem z krainy Oz, ja jestem tu i teraz. Nie wczoraj, nie jutro, jestem dziś. Czasem myślę, a jak już zaczynam tak zdanie to nie wiem jak skończyć, może nie myślę do końca. Koniec bez początku? Początek bez końca? Nie wiem co wolisz mała. Pyta mnie, czy chcę wiedzieć co ona myśli o tym pisaniu, pisaniu, pisaniu, pisaaaa, pissaniuuuuu, szumi woda szumi. Chcesz fabuły, chcesz powieści, bohaterów, zawiodę Cię, jestem nowym Proustem, jestem poszukiwaczem straconego czasu. A ja nadal mam twe czerwone koraliki, co mi świecą jak rybki w akwarium. Bojowniki, rekińczyki, sumy, paletki, neonki, glonki, pustoogonki, kfiatek w tfych ustah, czerwony mak. „Łowię pulsujące bólem szesnastki”, nutki, ćwierć nutki, te przeciągłe historie ciągnięte smyczkiem po końskim włosiu. Ona mówi mi: Nie myśl o mnie za dużo, bo jeszcze wymyślisz więcej niż jestem naprawdę, mówi mi, że jest takie Byleco, moje Byleco, ale nie własne, prosi: znajdź sobie artystkę, taki cud nad Wisłą, pannę piękną i oddaną, a ja chory snów brakiem, ta oschłość mnie zabija. Znów po nocy jeżdżę rowerem, nie po chodnikach, ulicach, krawężnikach ale po nocy, lubię to, mnie to oczyszcza.

Czasem marzę o pociągu, takim starym, zardzewiałym, na jakiejś zagubionej w mrokach bocznicy, gdzie bal trwa cały czas. Żyrandole kryształowe, kible pociągowe, suknie na drutach naciągnięte, cygara, łychole, formaliny smród ze starego radia lampowego. Taki pociąg, rusza w końcu, gdy konduktor gwizdnie. Bez świateł, w ciszy lasu absolutnej, mknie ten skład. W momencie gdy piec już ma pełną wydajność, a lokomotywa mknie jak błyskawica, tabor odrywa się od torów, cały pociąg leci w ciemności do księżyca. Zostawia za sobą tylko strużkę dymu z komina, bo palacz cały czas pracuje. Nigdy jeszcze nie widziałem jak startuje. Gdy późną nocą w Cisnej w Bieszczadach idę po ciemnych torach wąskotorówki, wydaje mi się, tory jeszcze drgają po tych rozpędzonych wielu tonach, zawsze się spóźniam te kilka sekund, i sam biedny idę tymi torami, jak podróżny, który nie zdążył na swój ostatni pociąg.

Ona zbiera moje rysunki, na karteczkach malutkich. Wkleja je wszystkie do zeszytu, mówi mi: to mój zeszyt, słońce. Moje te wszystkie szybujące na latawcach domy, domy na kurzych nogach, kocie ogony, zgłoski, rozgłoski. Wszystkie te moje z nią , z piwem wyobrażenia. Panów w kapeluszach o dwóch profilach, co ich razem rysujemy. Jest tam też nasza zapałka, cośmy ją we dwoje naraz gryźli, cośmy się pierwszy raz poczuli ustami. Zmaltretowana, w strzępach, drzazgach, miłością znoszona. Raz tylko zeszyt ten widziałem, nie pozwala mi oglądać. Osz Ty, Osz Ty, no oć, oć, oć, ale oć tak jakto się chodzi po śniegu nie zostawiając śladów, zanim zaczniesz kochać, naucz się chodzić po śniegu nie zostawiając śladów, będę mieć blizny, będę rozjebany na kawałki, będę pogrzebany i zdradzony, będę leżeć w rynsztoku, twarzą do ziemi, bez przyjemności spojrzenia w niebo. Ktoś mi kiedyś powiedział, że Ikar był idiotą, kto tu jest idiotą? Myślę, że wiedział, że spadnie, że mu skrzydełka przygrzeje, że spadając nałyka się powietrza, i te piękne skrzydła, w wodzie, w głębinie będą mu przeszkadzać, będą go w dół ciągnąć, będzie Baudelaire’a Albatrosem sprowadzonym na ziemie, pokraką, kaleką. Mimo tego, że wiedział, że zginie po chwili, poleciał, dla samego krótkiego lotu, boskiego przywileju.

Znów gryzę paznokcie, to takie leczenie Ciebie w mnie. Czyk, czyk, czykkk, a później pluję nimi daleko. Czasem śni mi się, że leżymy na wielkim dywanie, wielkim latającym dywanie, z frędzlami i wzorkami, co lata gdy chcę. W mym śnie pokrywam poduszki obrazami Modigliani’ego , leżymy na nich, na dywanie. Te czarne oczy postaci, kontur bijący, one patrzą na mnie, a nie w tę przepaść, bezmiar powietrza pod nami. Nie widzą pędzących pól, lasów, rzek, ulic, dachów, tam daleko, tak daleko, dalekoooo w dole. Tak jak się stoi na kamieniu na środku rzeki, wszystko wokół płynie. Nie patrzą na Ciebie mała, bo Ciebie przecież tam nie ma. Na historii sztuki wszyscy notują, ja kręcę lolka i pakuję tam tego Modigliani’ego.
Jestem wielkim lodowym rożkiem ze sklepu, mam wielką czarną dziurę w brzuchu, widzę jak patrzysz w nią jak w próżnie. O ósmej rano jesienią, promienie biegną wzdłuż ziemi, błyszczy mi w oczach trawa. Stoję przy wielkim oknie, nieskończenie przeźroczystym, to jest to 89 stopni po schodach, to jest to Ty i ja. Ogromne okno przez, które mogę widzieć świat jak makietę, z góry. Oparty czołem chucham, chuhhh, chucham, zostawiam ślad na szybie, mój własny chwilowy rozpraszasz obrazu podwórka. To jak robisz śniadanie z niczego, i oboje udajemy, że to śniadanie, jest niesamowite. A ja wielką dziurę mam. Ty jesteś moje modus vivendi, moim liściem wiosennym na wietrze, wielkim czarnym okiem, moimi latawcami, a ja będę twoja otoczką, bańką actimela, antybiotykiem, kostką Rubika, cichym westchnieniem.


Lubię tę linie włosów za Twym uchem, te cząstki elementarne, niekończące się historię, wszystko za twych uchem, mała. Czasem patrzę jak śpisz, jak w swoim świecie potamów żyjesz, jak fizjonomia Ci się zmienia, mimowolnie, twoje nogi zawsze są bardzo białe, gdy śpisz. I te cząstki elementarne, jak składniki dymu na wietrze, jak to się tam wszystko wypogadza.
Jesteś, wiesz, mą rybką co lata w bańkach mydlanych, małych, dużych, odbijających. Moimi dwiema różnymi skarpetkami na stopach, wreszcie moim „uśmiechem w tonacji e-moll”
Coś z frajera w sobie mam. Ileś tam procent siebie w sobie mam. Taki balonik na wietrze co wznosi się za wysoko i trzaska, niby z hukiem, ale kto to usłyszy tu nisko. Jestem sobie sam, biała, poplamiona koszula, wielkie słuchawki, bym mógł wtyczkę w twe usta wkładać i słuchać co Ty tam w sobie masz. Zielony lajkonik tfFFuu! Pułkownik w torbie, paczka fajek, trochę wzroku, trochę słuchu i jestem sobie sam w sobie. Zielony skuter bez kierowcy, co mknie samoistnie przez chmury i trochę z łąki też. Noszę w torbie buteleczkę z bańkami mydlanymi, pamiętasz jeszcze jak mi ją dałaś? Chciałbym jeszcze słomiany kapelusz, hodowlę kaktusów, dla Ciebie, w torbie.

Koniec
Kończy się weekend, upadek na ziemie, bo ja ginę i z martwych wstaje tak pięć do sześciu razy tygodniowo. Przesyłam Ci to co piszę, a Ty mi na to: „fajnie” jak fajnie to fajnie. Wczoraj umarłem kolejny raz, życie jest umieraniem, długim, stopniowym męczeniem się ze sobą samym, weź to wytrzymaj. Teraz jestem statyczny. Relatywnie twardy i mam wielką dziurę czarną po całym zielonym weekendzie. Spaliłem Modigliani’ego, zmulił mnie. Skurwiel. Wczoraj przeszedłem sam siebie, udałem się do wnętrza, samego jądra zła i ciemności, we mnie. Teraz wracam, zawsze w niedziele rano wracam, wracam z bólów głowy, brzucha, wracam do nie życia tygodniowego. Mam niedobre przyzwyczajenie, lubię w sobie magazynować wszystko, a później to się rozwija, ożywa, ciśnie. To trzeba systematycznie usuwać, nie dam sobie rady sam ze sobą. Chcę leżeć na łące, zielone ostrza trawy, chce w nich leżeć, niczego innego nie chce. Są takie łąki, nie poznane, daleko, daleko, między nami. A ty mówisz, że „fajne”. Jak fajne to fajnie.

"Łąka"


Leżąc na trawie i patrząc w słońce
jednym okiem, wielkim, czarnym
jak nieskończony jest kosmos,

Głowę mam ciężką od witaminy D3
kładę Ci ją na kolanach
i jednym okiem patrzę w słońce,
a gdy się uśmiechasz to wszystko inne
blaknie.

Ile jeszcze mam tak śnić
po trawie
nie na trawie.

PW


Typie, co ty masz na nodze? Stabilizator. O kurwa!! Po co? Żebym się ustabilizował. A jak ja mam wielką dziurę w brzuchu to po to żebym zniknął? Żeby mnie nikt nie widział? Później gadamy o tym dlaczego jointy nie mogą być mrożonkami, a raczej o tym, że ciekawie by było sobie na śniadanie takiego Lolka z zamrażalnika wyciągać i patrzeć jak się rozmraża w mikrofalówce. Rosjanie i ich woda w proszku co ją trzeba zalać, jointy, które trzeba spalić żeby się w głowie odmroziły. I co stary, stabilizujesz się? Ja znów słyszę, że za dużo pije, co tam, ale czystej już nie pije. Znasz ten ból, kiedy dziewczyna mówi ci, że na trzeźwo też chce się kochać, a nie tylko po pijaku? Przejebane. Gdzie jesteś teraz Hemingway, ty pieprzony chlejusie?
„które realizują się niekiedy w postaci działań autodestrukcyjnych”. Jakie to jest ładne wyrażenie. A Ty jesteś moim działaniem autodestrukcyjnym, sprawą tak inspirującą, że aż niszczącą, niszczysz mnie. Ja mam teraz, po Tobie, w głowie wszystko o 180 stopni. W pionie i w poziomie 180 stopni. Jesteś moim antropomorficznym modus vivendi.
Jestem w fazie leczenia, sam siebie, do dupy to wychodzi. Może nawet nie leczenia, ale uciekania od samego siebie, bo jak nie wiem jak rozwiązać problem to spieprzam byle dalej.






o c e ń     u t w ó r

Niestety, tylko zalogowani użytkownicy mogą oceniać utwory.

s t a t y s t y k a

śr. ocen : 0.00
il. ocen : 0
il. odsłon : 2146
il. komentarzy : 0
linii : 50
słów : 2167
znaków : 11667
data dodania : 2007-09-30

k o m e n t a r z e

Brak komentarzy.

d o d a j    k o m e n t a r z

Niestety, tylko zalogowani użytkownicy mogą dodawać komentarze.



p o l e c a m y

o    s e r w i s i e