Deszczowce.pl wiersze poezja serwis poetycko - literacki

u t w ó r


kategoria : / /



Terminator (10 zgubionych lat)

a u t o r :    Daga


w s t ę p :   

Mam na imię Jane. Urodziłam się w roku 2006. W naszym świeci był to rok 1. Pierwszy rok Trzeciej Wojny Światowej, którą maszyny wytoczyły ludzkości. Pierwszy rok po „Dniu Sądu”, gdy Skynet odpalił głowice atomowe, wywołując globalną zagładę ludzkości. Znany wam świat przestał istnieć w przeciągu ułamka sekundy.
Moje pierwsze wspomnienia rozpoczynają się, gdy mam kilka lat. Trudno dokładnie określić mój wiek, bo nikt z nas nie obchodzi urodzin. Pamiętam głód, smród, ciągłe przemieszczanie się z miejsca na miejsce…



u t w ó r :

Żyjemy z ojcem i jego kumplami z gangu motocyklowego. Tak przynajmniej mówi tato. Mówi, że przed wojną byli odziałem najemnych skurwysynów, a teraz są jeszcze gorsi. Nie wiem co to znaczy, ci skurwysynowie, ale wiem, że trzeba być złym żeby przeżyć. Od Terminatorów trzeba uciekać, bo one cię dorwą i zabiją. Tato i jego koledzy mówią, że maszyny są pierdolone i trzeba ich unikać, albo niszczyć. Żeby ich unikać trzeba umieć się chować, trzeba umieć szybko biegać, nie wolno zostawać z tyłu. Ja i inne dzieci uczymy się, od kolegów taty. Frank pokazał nam jak smarować się błotem, jak chować pod wodę, jak stawać nieruchomo, a nawet jak wstrzymać oddech. Niektóre mechy można oszukać, a innych nie. Ja zawsze spotykam te które daje się oszukać, albo uciec, albo tato mnie ratuje, albo Frank, albo ktoś inny. Umiem bardzo szybko biegać. Jestem mała, a biegam prawie tak szybko jak Tara. Tara ma chyba 9 lat. Biegam szybciej niż chłopcy. Jey Jey – kolega taty, mówi że mam szczęście, bo jak są kłopoty to zawsze w nie wpadnę, ale zawsze się wywinę.
Było raz tak, że jechaliśmy na motorach, całą grupą i napadły nas Terminatory. Strzelały z góry, z latających maszyn namierzyły cel. Zginęło dużo ludzi, dużo zabrali żywych. Mówią, że już lepiej zginąć niż dać się im zabrać, bo w ich centrum robią na ludziach eksperymenty. Nie wiem co to są te eksperyment ale chyba coś paskudnego. Tak czy inaczej strzelali do nas i trafiło we wszystkich dookoła, a w nas nie. Tato z kałasznikowa zestrzelił mechowi czujnik ruchu. Działko mierząc w nas zatoczyło kręgi, zabijając wszystkich dookoła. Straszna to była miazga. Byliśmy z tatą cali we krwi, motor był cały we krwi, a z włosów przez kilka dni nie mogłam pozbyć się kawałków kolegów taty. To było bardzo smutne, że zginęło tylu dobrych ludzi, którzy potrafili walczyć. Ale bardzo wesołe było to, że ani mi, ani tacie nic się nie stało.
Zawsze wpadam w tarapaty, ale umiem się obronić. Umiem strzelać z różnej broni. Karabin ma jeszcze za duży odrzut, ale jestem pewna, że jak trochę urosnę, będę miała własnego kałsznikowa. Teraz mam prawie własnego glocka. Na razie nosi mi go tato, ale czasem jak chcę postrzelać, to mi pozwala . Nie mam siły żeby go trzymać, nawet w dwóch rękach, ale tato pokazał mi jak oprzeć go o kamień, albo murek, albo pieniek, albo… nie wiem. No o coś co się ma pod ręką i można celować i ręce się nie meczą. Rozwaliłam tak dużo maszyn, nie wiem ile, bo po 23, albo 24 pomyliło się mi i przestalam liczyć. Dzieciom wolno strzelać do botów – obserwatorów. Zwykle są nieuzbrojone, dobrze na nich ćwiczyć. John - mój kolega strzela najlepiej, Jey-Jey uważa, że jest najlepszym strzelcem jakiego widział, a widział wielu, bo przed wojną prowadził strzelnicę. John będzie kiedyś moim chłopakiem i będziemy najlepiej strzelającą parą.
Jey-Jey jest już stary, ma długą brodę i długie siwe włosy. Tato mówi, że posiwiał po dniu Sądu i że kiedyś był gruby, ale teraz trudno spotkać kogoś kto jest gruby, bo często jesteśmy głodni. Poza tym, jak ktoś byłby gruby, to by nie mógł szybko biegać, nie mógłby przeciskać się przez wąskie szczeliny, mechy by go dorwały i zrobiłyby z nim straszne rzeczy. Dlatego to dobrze, że czasem nie ma co jeść, bo przynajmniej nie jesteśmy grubi.
Tato opowiada mi różne historie. Opowiada mi o mojej mamie. Nie jestem pewna jak ona się nazywa. Ma chyba dwa imiona , bo tato czasem mówi na nią Jesika, a czasem Kurewka. Kiedyś tato opowiedział mi o tym jak poznał mamę.
- Poznałem Jesikę jeszcze przed tym całym gównem, Jane – opowiadał mi tato, po tym gdy wypił litr Jacka Danielsa. Nie często można trafić na oryginalną wódkę. – To była niezła Kurewka. Ładna była, masz po niej oczy. Po mnie nie masz nic, aż starach zastanawiać się dlaczego po mnie nic nie masz. Pewnie dlatego, że taka Kurewka z tej Jesiki była. Dawała na lewo i prawo, każdemu dawała. Masz po niej urodę i ty dawać będziesz, jak cię te skurwiałe mechy nie dorwą… Chociaż ty dobrze strzelasz. Może zostaniesz żołnierzem i nie będziesz musiała dawać.
Nie lubię, gdy tato gada takie rzeczy. Nie wiem co bym miała komu dawać, bo nic nie mam. Ale zawsze chętnie się podzielę, jeśli bym miała czegoś za dużo. Nie wiem czy zostanę żołnierzem, bo żołnierzami są przeważnie faceci, kobiety rzadziej. Żołnierze często giną. Więc lepiej nie być żołnierzem. Dużo kobiet tak jak moja mama, mają na imię Kurewka. Prawie wszystkie duże dziewczyny, tato i jego koledzy nazywają Kurewkami. Jak jakaś udaje, że jest cnotką to i tak tylko tak udaje, a naprawdę ma na imię Kurewka. Często jak spotykamy jakąś panią, tato i koledzy bawią się z nią. Nie wiem co to za zabawa, bo nie pozwalają mi patrzeć. Mówią, że jestem za mała na takie zabawy. Czasem po tych zabawach kobiety się śmieją, a czasem płaczą. Jak kiedyś zobaczyłam jedną płaczącą i zapytałam o to tatę, dostałam od niego w twarz, aż przygryzłam sobie język. Nie wolno pytać o ich zabawy. Tato powiedział, że ona tylko udawała, że płacze, że na tym polega zabawa, że się coś udaje. Ale tato chyba kłamał, bo te panie nie wyglądają żeby udawały. Nie pytam już o to tatę, żeby nie dostać.
Nie wiem czy moja mama płakała czy śmiała się po zabawie z tatą, bo jej nie pamiętam. Chyba musiała polubić tatę i jego kolegów, bo jeździli razem do mojego urodzenia.
- Jeździła z każdym z nas. Taka była. Raz u mnie, raz u Jey-Jeya, raz u Fr… z każdym chyba jeździła. A jak się okazało, że jest w ciąży, do mnie się przesiadła na stałe. Jak cię rodziła w tej jaskini, obiecałem jej się wami zająć. Jak Jack Daniels mi świadkiem, zająłbym się nią… – mówił tata.
Ale tacie nie dane było zajmować się mamą, bo następnego dnia zniknęła. Tata zwykle mówi, że porwały ją mechy. Tylko czasem, gdy się napije bardzo, krzyczy że jestem podrzutkiem Kurwy i że matka spierdoliła, przed taki bachorem jak ja. Wtedy zawsze przychodzi Frank, karze się tacie zamknąć, a jak to nie pomaga, zaczyna tatę bić. Farnk jest bardzo duży i silny. Tato nie ma z nim szans. Więc musi się zamknąć, albo jest posiniaczony. Jak Frank już ustawi tatę, zabiera mnie ze sobą i się ze mną bawi. Mamy swoją ulubioną zabawę w rozkładanie i czyszczenie broni. Czasem mogę też postrzelać.
Nie lubię jak tato mówi o mamie, bo prawie zawsze kończy się to draką. Nie bardzo wiem, o co z tymi mamami chodzi, bo mamę ma tylko John. Tara i Liza mają tylko tatę. Liza jest młodszą siostrą Tary i ich mama zginęła w Dniu Sądu. One i John urodziły się w Starym Świecie. Z dzieci jest jeszcze Rick, który ma może 4 latka i nie ma rodziców, jest z nami bo zaopiekował się nim Bob, brat mamy Ricka. Chyba nie jest fajnie mieć mamę, bo mama Johna bije go ciągle i każe sobie usługiwać. John dostaje od mamy i taty i musi robić to co mu każą. Ja mam tylko tatę i tylko od niego dostaję. Oprócz mamy Johna są z nami jeszcze dwie Kobiety – Kaja i Rejchel. Kaja jest dla mnie miła, a z Rejchel prawie nie rozmawiam. One są dziewczynami kolegów taty. Zwykle Rejchel jest dziewczyną Toma, a Kaja Jey-Jeya. Były też inne dziewczyny, ale albo zabrały je mechy, albo zniknęły z rożnych powodów. Blondi była żołnierzem i zginęła podczas strzelaniny z autobotami. Merry umarła przy porodzie dziecka Jerego. Dziecko też umarło. Kobiety i mężczyźni w naszej grupie pojawiają się i znikają. Ktoś ginie, ktoś się dołącza. Nie ma nic stałego.
Do niczego nie można się przyzwyczajać , bo zwykle jesteśmy w drodze. Dawno nie osiedliliśmy się nigdzie na kilka tygodni. Kiedyś w lesie zamieszkaliśmy na pół roku. Nasza grupa trafiła przypadkiem na duży, dobrze zorganizowany obóz ukryty pod starymi, ogromnymi drzewami, gdzieś w środku gęstej puszczy. Tamci ludzie byli inni niż tato i jego koledzy. Były tam kobiety, mężczyźni i dzieci. Prawie tak jak u nas. Ale oni byli tacy spokojni i mili. Ciągle się uśmiechali i mówili do mnie kochanie. Było mi dobrze z tymi ludźmi, chociaż nie lubili taty. Tato też ich nie lubił. Nazywał ich świętojebliwymi frajerami. Tak samo nazywał ich Cris i rodzice Johna. Reszta kolegów taty, tak jak ja, dobrze czuła się w tym lesie, z tymi ludźmi. Każdy miał tu swoje obowiązki, tato i jego koledzy byli strażnikami, a dzieci zajmowały się jedzeniem. Poza tym uczyliśmy się i wykonywaliśmy fajne zadania. Chodziliśmy po jagody, grzyby, łowiliśmy ryby. John z łuku polował na wiewiórki. Musieliśmy być szybcy, sprytni , czasem niewidzialni. Tam nie było dużo Terminatorów. Nie zapuszczały się często w głęboki las. Widzieliśmy je latające nad głowami. Umieliśmy się chować, czasem udało się na któregoś zapolować. To był dobry czas. Lubiłam się uczyć. Dorośli uczyli dzieci i nazywali to szkołą. Uczyliśmy się o tym jak przetrwać, jak zabijać maszyny. Uczyłam się strzelać i opatrywać rany. Dorośli opowiadali nam o świecie sprzed Wojny. Mówili o miastach, wysokich domach, o sklepach w których, za pieniądze można, było kupić co się zapragnęło. Widziałam pieniądze, ale nie rozumiem, o co z nimi chodzi – kolorowe papierki. Kiedyś ludzie chodzili do pracy, i nikt nie nosił broni. Maszyny służyły ludziom i nie polowały na nich. Prawie każdy miał samochód i na każdej stacji benzynowej było tyle paliwa ile się chciało. Słuchałam tych niewiarygodnych opowieści jak bajek. Bajek o świecie którego nie znałam, a zaczynałam za nim tęsknić. Jedna z pań opowiadała nam o bogu i o tym, że trzeba czynić dobro. Mówiła, że Bunt Maszyn i Dzień Sądu to kara boga za ludzkie grzechy. A do Raju pójdą tylko ci którzy wierzą. Mówiła że Raj to piękne miejsce, gdzie wszyscy żyją w zgodzie, gdzie nie ma głodu, wojny i nikt nie boi się Terminatorów. Sądziłam, że tej pani chyba pomieszało się w głowie, bo Raj już zniknął. Raj był przed wojną. I nie ma już takich miejsc, gdzie można czuć się bezpiecznie. Bo maszyny prędzej czy później dotrą wszędzie.
Gdy przyszła jesień, a z drzew zaczęły spadać liście, dotarły też do osady w Lesie. Wytropiły nas, zabiły lub porwały większość ludzi. Zabiły rodziców Johna, ale on przeżył i to jest najważniejsze. Już się tym nie smuci. Umie zadbać o siebie sam. Umie też zadbać o mnie lepiej niż mój ojciec. Jesteśmy rodziną, trzymamy się razem.
Jedziemy na południe. Chcemy przedrzeć się do Meksyku. Niektórym częściom świata, podczas wojny, oberwało się mniej innym bardziej. Skynet zniszczył przede wszystkim duże miasta, gdzie było najwięcej ludzi. Mniejsze miejscowości pozostawił nieruszone. Stoją tam budynki, jak symbole dawnych czasów jednak, wszystko jest wyludnione. Możesz zatrzymać się na chwilę, ale nikt nie odważyłby się tam mieszkać. Maszyny przeszukują wszystko, zabijają lub porywają ludzi. Wciąż na nas polują. Choć i my nie pozostajemy dłużni. Czasem zdarzy się wygrać bitwę. Ocalały tereny bez cywilizacji i tam w prymitywnych warunkach, można przetrwać najdłużej. Przyroda szybko odnawia się po wojnie jądrowej. Lasy są dla ludzi dobrym schronieniem. Termiantorzy przeszukują te miejsca, ale ludzie uczą się ich unikać. Jedziemy do lasów tropikalnych. Taki jest plan Jey-Jeya, żeby ukryć się na dzikich terenach. Chodzą głosy, że w dżungli żyją ludzie, którzy doskonale radzą sobie z maszynami. Są samowystarczalni. A niektórzy twierdzą, że wiedzieli o Dniu Sądu, zanim wojna wybuchła. Mieszkają na Jukatanie w Meksyku. Jey-Jey kiedyś był w Meksyku. Pracował jako ochraniarze bogatych ludzi. Potem ich kontrakt się skończył i wrócił do Stanów. Jey-Jey mówi, że to najgorsza decyzje jaką podjął, bo ledwie uszli z życiem atak atomowy, a gdyby zostali w dżungli, żyliby w lepszych warunkach.
Wiem, że kiedyś były państwa, teraz nie ma granic, wszystko jest umowne. Nie wiemy jaka jest sytuacja na innych kontynentach, w innych krajach. Nie ma z nikim kontaktu.
Zatrzymaliśmy się na odpoczynek na stacji benzynowej. Na niektórych stacjach wciąż jest paliwo. Korzystają z niego tylko ludzie. Maszyny mają lepsze formy pozyskiwania energii – ogniwa atomowe. Teraz paliwo służy za pieniądze i bardzo o nie trudno. Także wódką można płacić, ale tato raczej kupuje wódkę za paliwo. Tato i jego koledzy, prawie zawsze mają benzynę. A jak nie mają to zrobią tak żeby mieć. Na tej stacji akurat brak benzyny. Ale mamy dach nad głową, a w piwnicach znaleźliśmy mnóstwo zapasów. Widać tu ślady po ludziach i mechach. Można od razu poznać że ani jednych, ani drugich nie było tu od dawna. Czuję się tu bezpieczna, zasypiam szybko i nie przeszkadzają mi nawet jęki Rejchel, która chyba nie może spać, łazi pijana od jednego do drugiego kolegi taty, kładzie się z nimi w śpiworach i strasznie jęczy. Prawie nie słyszę jej stękania i stękania Alan. Odpływam w głęboki sen. Budzi mnie, poruszenie, czyjś krzyk. Słyszę podniesiony głos Franka, który krzyczy:
– Wyłącz to! zostaw! Ściągniesz na nas skurwieli.
Okazuje się że ktoś znalazł działające radio, ustawione na aktywną stację. Jey-Jey zdecydował by słuchać radia. Słuchamy już od kilku dni, o tej samej porze. Mężczyzna w radio mówi, że nazywa się John Connor, że jest przywódcą Ruchu Oporu. Słuchamy go codziennie. Zabieramy w dalszą drogę radio, słuchamy go z tatą i z moim Johnem. Słuchają go też inni. Mężczyzna mówi o odwadze, o walce, o tym żeby za wszelką cenę zostać przy życiu i nigdy się nie poddawać. Mówi jak oszukiwać i zabijać mechy. Mówi, że jest nadzieja, by pokonać Skynet. Że mają plan jak wszystko naprawić. Ma taki spokojny i pewny głos. Wierzę mu. Niektórzy koledzy taty też mu wierzą i chcą dla niego walczyć. Dochodzi do kłótni. Kilku kolegów taty odchodzi, opuszczają nas, wracają na północ by szukać jednostek Ruchu Oporu. Chcą przyłączyć się do wojny. Odchodzi też Frank. Jest mi smutno, bo teraz Frank nie obroni mnie przed pijanym tatą. Frank się nie żegna, nic do mnie nie mówi. Jak odjeżdża patrzy na mnie i ma czerwone oczy, a ja myślę sobie że chyba bym z nim wolała pojechać, niż zostać z tatą. Ale zostaję, bo nie mam wyjścia. Za rękę trzyma mnie John. Mówi, że się mną zajmie. I zajmuje się. Przynosi króliki, gdy tato jest zbyt pijany by coś upolować. Pozwala ze sobą spać, gdy jest mi zimo. Ja też o niego dbam, opatruję jego rany, gdy zrani się na polowaniu. Piekę upolowane przez niego zwierzęta. Razem słuchamy Jona Conorra. Słuchamy go tyle dni, na ile wystarcza baterii. Marzymy o innym świecie, o świecie sprzed wojny, o naszym Raju.
Mijają miesiące, ale nie udaje się nam przedrzeć do Meksyku. Po drodze jest za dużo terenów zajętych przez maszyny. Spotykamy coraz mniej ludzi. Brak tu lasów. Odsłonięte przestrzenie są przeczesywane przez latających zwiadowców. Jest nas coraz mniej, bo ludzie giną w ciągłych potyczkach z dronami. Jey-Jey decyduj, by wracać. Lasy Jukatanu były celem, nadzieją. Teraz brak celu, porażka, wracamy do punktu wyjścia, ale żyjemy i tylko to się liczy.
Mam koło dziewięciu lat i zdaję sobie sprawę, że prawdopodobnie nie przeżyję kolejnego roku. Nie wiem jak to się dzieje, że jestem wciąż żywa i zdrowa. Czy to głupie szczęście, przeznaczenie, spryt, czy wola walki? Nie żyje już Liza, dwa dni temu, na zapalenie płuc umiera Ricka. Chowamy go pod stertą kamieni, jest mały, szybko idzie. Tara już nie jest dzieckiem, zajęła miejsce Rejchel, która pewnego dnia zniknęła bez śladu. Teraz Tara nie daje mi spać po nocach, bo jęczy w śpiworach facetów. Już wiem, że kurewka to nie imię. Wiem, że jeśli zostanę z ojcem i jego kolegami będę musiała robić to, co Tara. Nie przeraża mnie to. Nie znam innego świata, póki żyję jest dobrze. Choć zamiast zajęcia Tary, bardziej lubię strzelanie. Mam już własny pistolet. A koledzy ojca często używają mnie do różnych akcji. Zwykle trzeba odwrócić uwagę maszyn. Ale czasem ludzi. Kartą przetargową jest paliwo i zrobimy wszystko by je zdobyć. Czasem trzeba zastrzelić człowieka, to jedyne wyjście by przeżyć. Właśnie planujemy przejęcie cysterny, w której jest paliwo. Jey-Jey wypatrzył konwój ludzi kilka dni temu. Są tam uzbrojeni po zęby żołnierze. Obserwujemy ich uważnie, dobrze walczą, zabili wielu Terminatorów. Zaskoczymy ich ze wzgórza, wystrzelamy jak kaczki z odległości, gdy będą przejeżdżać autostradą. Trochę mi szkoda tych żołnierzy, bo naprawdę znają się na rzeczy, żal ich zabijać, ale czasem nie ma innego wyjścia. Ja mam stanąć na drodze cysterny, zatrzymać konwój. Zawsze tak robię. Udaję biedną sierotkę, wszyscy są zaskoczeni, co taka mała, słodka dziewczynka robi sama w bezludnym miejscu. Łatwo można takich zaskoczonych ludzi zabić, bo stoją jak wryci.
Wszystko jest gotowe, nie boję się. Wszyscy obrali już pozycje na wzgórzu. Ja muszę zejść do trasy przejazdu cysterny. Nie jestem uzbrojona, ale idzie ze mną John. Jest silny, ma broń i świetnie strzela. Będzie mnie ubezpieczał. Nie pozwoli by coś mi się stało. Bułka z masłem, robiliśmy to wiele razy. Dzień jest upalny i zaschło mi w gardle. Serce bije trochę szybko. Chyba się jednak boję, coś jest nie tak. Mam złe przeczucie. Patrzę w górę na ojca i innych, oni dają mi znak żeby iść. Więc idziemy. John zostaje w krzakach przy drodze, ja staję na środku ulicy. Na horyzoncie pojawia się kontur. Czekamy aż konwój zbliży się do nas. Stoję i wpatruję się w horyzont, pot zalewa mi źrenice, słońce razi do bólu, oczy łzawią. To dobrze, niech łzawią, będę wyglądała na jeszcze bardziej bezbronną. Nagle słyszę krzyk Johna
– Uciekaj! Uciekaj! To nie konwój!
Co on do cholery pieprzy, myślę przecierając oczy. O kurwa! To na horyzoncie to olbrzymi mech. Idze w moją stronę. Już mnie namierzył. Za nim lecą mechaniczni snajperzy. Wyprzedzają Olbrzyminatora. Maszyna skanująca właśnie przelatuje nad moją głową. Zatacza krąg nad Johnem i leci na wzgórze, gdzie są wszyscy nasi. Wiem, że to już koniec. Nigdy nie było aż tak przejebane. Snajperzy są już nad wzgórzem. Widzę jak zdejmują jednego po drugim. Nikogo nie oszczędzą, nikogo nie zabiorą ze sobą.
- Biegnij! Biegnij! - z chwilowego osłupienia wyrywa mnie szarpnięcie za rękę.
John ciągnie mnie w stronę rozwalającego się budynku. To bez sensu, nie schowamy się, nie uciekniemy. Nikt z naszych nie przeżył. Zaraz wszystko się skończy, będzie po wszystkim - myślę i czuję coś na kształt ulgi. Ale z tyłu głowy słyszę głos, mężczyzny z radio – „Nie poddawaj się, zostań przy życiu!”. Moje nogi zaczynają biec. Pędzę ile sił. Czuję jakbym w płucach miała rozżarzone węgle, ale biegnę i biegnę, a John biegnie przede mną. Słyszę świst maszyny tuż za swoimi plecami, moje uszy przeszywa wysoki dźwięk działek laserowych. John nagle pada. Ja też padam. Nie, my nie leżymy. Spadamy…
Uderzamy o coś twardego. Mam zbite biodro, chcę wstać, ale nie mogę. Właz nad moją głową zamyka się. Jest zupełnie ciemno, ale słyszę Johna. Żyje to najważniejsze. Czyjeś ręce chwytają mnie. Ktoś przerzuca mnie przez ramię, boli mnie noga i cały bok. Nie mam siły się wyrywać. Mam to gdzieś. Jest mi niedobrze, chyba będę rzygać, słabo mi, ciemno w oczach, zapada cisza i ciemność…

Słyszę szumy, harmider, otwieram oczy. Gdzie ja jestem? Leżę na materacu, obok mnie John, jesteśmy przykryci jakimś kocem. Do około nas chodzą ludzie, większość to mężczyźni. Wielcy, umięśnieni, w mundurach. Nawet ojciec i jego koledzy nie wyglądają na tak silnych. Właśnie ojciec… przecież on nie żyje! Trudno… trzeba się z tym pogodzić, ważne że ja żyję i John. To cud, że przetrwaliśmy. Nikt nie zwraca na mnie uwagi. Nikt nie patrzy w moją stronę. Każdy ma jakieś zajęcie. Żołnierze rozmawiają ze sobą. Patrzą w coś. To są ekrany. Tak. Jestem pewna. Widziałam kiedyś ekran i komputer. Ale na tych ekranach są obrazki, coś się wyświetla. Rozglądam się w koło. Tu nie ma okien, a jest widno. Palą się światła. W tym pomieszczeniu jest prąd. Prąd to luksus. Tylko dwa razy widziałam palące się żarówki, a tu jest ich mnóstwo. Do jej pory nie spotkałam się z działającym komputerem, a tu jest ich ponad dziesięć. Tato zawsze mówi, że komputery to zło, że Skynet uderzył przez sieć komputerową. Dlaczego tu jest tyle działającego sprzętu? – różne urządzenia, plątanina kabli. A jeśli… o cholera! Jeśli to nie ludzie? Jeśli jestem w centrum Terminatorów, a oni tylko wyglądają jak ludzie. Trzeba stąd wiać!
- John – szepczę do ucha przyjacielowi potrząsając go lekko za ramię - John…John…
O kurwa! Jeden z żołnierzy mnie zauważył, idzie w moją stronę. Nie dobudzę Johna. Wstaję i zaczynam biec. Boli mnie noga, ale i tak biegnę korytarzem. Dobrze… nie mam nic połamanego. To była moja ostatnia myśl, przed utratą przytomności – „oby tylko nie mieć złamanego kręgosłupa. To by było naprawdę przejebane”. Biegnę między żołnierzami, więc jest OK. Muszę być cała. Oglądam się za siebie. W sumie nikt mnie nie goni. Wszyscy patrzą na mnie zdziwieni lub uśmiechnięci. To chyba jednak nie maszyny…

Zajmuje mi trochę czasu, by nabrać pewności, że to nie sługusy Skynetu. Major Philips wyjaśnia mi i Johnowi sytuację, w której się znaleźliśmy. Major głośno krzyczy:
– Wy pierdolone bachory! Spierdoliłyście nam akcję, rozwalenia patroli tych pierdolonych machów! Wszyscy wasi przygłupi ludzie nie żyją, bo mieli genialny plan zajebania nam paliwa! A do tego zachowywaliście się tak głośno, że ściągnęliście na siebie maszyny! Nie wiem, który z moich chłopaków był takim pieprzonym debilem, żeby was ratować, ale dowiem się i właśnie on będzie się z wami dzielił swoją racją żywnościową. Tu jest front wojny, nie ma tu miejsca na bachory!...
Major krzyczy i krzyczy , a ja czekam kiedy się zamknie i po prostu nas pobije. Dziwne, ale nie dochodzi do tego. W końcu milknie i decyduje, dać nam przydział jedzenia w zamian za pracę. Okazuje się, że trafiliśmy do starej jednostki wojskowej, z podziemnym schronem przeciwatomowym, o której nie wie Skynet. Większość wojskowych punktów została zniszczona podczas Dnia Sądu, ale niektóre stare, niepołączone z siecią obiekty ocalały. Z jednego z takich miejsc nadaje John Connor. Jest on głównym dowodzącym jednostek wojskowych na tym terenie. Connor przebywa gdzieś w okolicy, nikt dokładnie nie zna jego aktualnego położenia. Musi być w ruchu by maszyny nie namierzyły go. Major Philips zna osobiście Connora. Kilku innych żołnierzy też go spotkało. Mówią o nim jak o bohaterze, wybawcy, jedynym ratunku. Każdy kto miał z nim osobisty kontakt wierzy, że szala wygranej może przeważyć na stronę ludzi. Gdy znów słuchamy go przez radio, ja też zaczynam wierzyć. Jego słowa mają magiczną moc, dają nadzieję. Ale rzeczywistość poza schronem, nie napawa otuchą.
Bazy wojskowe pozostają ze sobą w kontakcie. Nie ma dnia byśmy nie słyszeli komunikatów, że odziały wojskowe ludzi są namierzane i skutecznie likwidowane przez Skynet. Mimo tego John Connor wciąż walczy, więc jest światło w tunelu.
Życie w schronie nie jest złe. Jesteśmy tu od kilku tygodni. Przystosowaliśmy się. Jesteśmy z moim Johnem odpowiedzialni za czyszczenie broni. Poznaję budowę różnych karabinów i pistoletów, uczę się jak samodzielnie wykonywać ładunki wybuchowe. Jesteśmy odpowiedzialni za porządek. Pomagamy przy gotowaniu posiłków. Żołnierze nas lubią, traktują ulgowo. Nigdy nie miałam tak dobrze. Mam jedzenie i picie, jest ciepło, mamy z Johnem wygodny materac do spania. Uczymy się obsługi radiostacji, a ostatnio zaczęto dopuszczać nas do komputerów. John programuje. Potrafi już tak przeprogramować złapanego mecha, że staje się bezpieczny i służy ludziom. Ja wolę granie, ale czasem też piszę programy. Jest tu kilka gierek. Uwielbiam Tomb Reidera. Wyobrażam sobie że jestem silna i zwinna jak Lara. Właśnie taka będę. Odkąd ojciec nie żyje nikt mnie nie uderzył. Trochę brak mi słońca, bo wciąż jesteśmy pod ziemią, ale tu przynajmniej jest bezpiecznie. Nie muszę uciekać przed Terminatorami. Co pewien czas na linii frontu ginie jakiś żołnierz z naszej jednostki, ale linia walk jest daleko od nas.
Major chyba lubi moje towarzystwo. Mówi że jestem jego prawą ręką. Zleca mi drobne zajęcia. Gdy czyszczę jego broń, opowiada historię o swoim życiu sprzed ataku Skynetu. Był żołnierzem w bazie, gdzie uruchomiono Skynet. Do tej pory zadręcza się bo, choć nie był bezpośrednio za to odpowiedzialny, uważa że mógł starać się nie dopuścić do uruchomienia programu.
- Nie wiesz ile bym dał, żeby choć raz zobaczyć żoną i moje bliźniaczki. Gdyby przeżyły, byłby niewiele starsze od Ciebie…- wzdycha uśmiechając smutno.
Podaję mu wypolerowaną broń, a po chwili bunkrem wstrząsa olbrzymi wybuch. Światła raz gasną, raz zapalają się. Z prawej strony do moich uszu dociera złowrogi huk. Wszystkie półki przewracają się. Leżę na ziemi, głowę chowam pod rękami. Już wiem, że to koniec bezpiecznego życia w bazie. Te podziemia w każdej chwili mogą stać się moim grobem i naprawdę zostanę tu na zawsze. Trzeba stąd spieprzać, wydostać się na powierzchnię.
- Spieprzajcie stąd, wydostańcie się na powierzchnię – mówi ochrypłym głosem Major. Patrzę w jego stronę. Siedzi pod ścianą i ciężko dyszy. Jego mundur nasiąka krwią. Podbiegam do niego, wiem że nie przeżyje długo, pierś przebił mu metalowy pręt. - Znajdź Johna i wiejcie – wciska mi w rękę jakiś papier – Musisz to dostarczyć Johnowi Connorowi. Bierz radio… Wyszukaj jego jednostkę na niskich częstotliwościach. Powiedz, że masz dobre wieści od Majora Philipsa. Rozumiesz? Powiedz… Dobre Wieści… Biegnijcie… Na końcu południowego korytarza przewody wentylacyjne zostały zmodyfikowane, łączą się… wyjdziecie… przeciśniecie się… uciekaj Jane…masz misję… masz zadanie…masz Dobre Wieści. Nie możesz zawieść. Biegnij Jane. Biegnij – jego głos staje się cichy i niewyraźny.
Wiem, że nie mogę tu zostać, ale stoję i patrzę na niego. Ściska mnie w gardle. To dobry żołnierz, dobry człowiek, chyba żaden dorosły nie był dla mnie tak dobry, ale nie pomogę mu, jest za późno. Do kieszeni chowam papier, który mi dał i biegnę przez rozpadający się korytarz, wokoło mnie pełno rannych ludzi. Nie mogę nic dla nich zrobić, szukam Johna. Wszędzie jest pył, gryzie w oczy, dusi w płuca, kaszlę, potykam się o coś. Gaśnie światło. Nic nie widzę.
- John! John - Krzyczę.
- Jestem – słyszę jego głos gdzieś niedaleko.
Trudno go namierzyć, bo jest zupełnie ciemno, wokół słychać jęk pokiereszowanych ludzi.
- Jane! Jane! – po omacku idę w stronę Johna. Zapalają się latarki. Żołnierze mobilizują się, zbierają broń, biegną w stronę włazów. Słychać odgłosy strzelaniny, Terminatorzy są już wewnątrz. Słyszę charakterystyczny dźwięk ich hydraulicznych szkieletów. Od martwego żołnierza biorę latarkę. Jemu się już nie przyda. Biegnę do składu z bronią, skąd dochodzi głos Johna. Pomóż mi – John do plecaka zabiera granty i amunicję. Chwytam przenośną radiostację, kilka pistoletów, ładuję każdy, dwa podaję Johnowi. Sama udźwignę jeden. Odbezpieczam broń. Latarkę przymocowuję do klapy kurtki. Podchodzę do drzwi.
- Na końcu południowego korytarza jest wyjście – mówię patrząc na przyjaciela.
Nie trzeba więcej wyjaśnień. Wystarczy krótkie spotkanie naszych oczu i rzucamy się do szaleńczego biegu. Biegniemy w odwrotną stronę niż wszyscy. Żołnierze strzelają za naszymi plecami. Słyszę maszyny. Nie mogę się odwrócić, jeśli spojrzę za siebie zginę. Po prostu to wiem. John jest tuż obok. Jest ode mnie starszy, wyższy. Wiem że mógłby biec szybciej, ale zwalnia ze względu na mnie. Zginiemy oboje, przeze mnie. Biegnij ty mała, słaba idiotko… – karcę siebie w myślach, głosem swojego ojca. Za placami słyszę świst kul. Ostry ból przeszywa mi ramię. Co się do cholery dzieje? Przewracam nogami w powietrzu, coś ciągnie mnie do góry. John biegnący obok mnie, jest już przed mną i pode mną za razem. Ogląda się, a w jego oczach widzę przerażenie. Zdaję sobie sprawę, co się dzieje. Dorwał mnie! Metalowe szpony zaciskają się na moim ramieniu, obracają i podnoszą jak lalkę. Wiszę z dwa metry nad ziemią. Jestem z nim oko w oko. Jego metalowa twarz wygląda jak czaszka. Czerwona źrenica zmniejsza się, potem powiększa. Próbuję się szarpać, ale najmniejszy ruch powoduje nieznośny ból ramienia. Strzelam w jego korpus, ale kule tylko odbijają się od metalowego szkieletu. Lub może w ogóle nie trafiam i walę w podłogę, nie jestem w stanie celować. Wystrzeliłam 6 pocisków. Wszystko trwa tak długo. Ból jest nieznośny. Dlaczego ja jeszcze żyje? Strzelam do tego skurwysyna, a on nawet nie próbuje mnie zabić. Jego źrenica pulsuje czerwonym światłem. Ogląda mnie, prawdopodobnie na bieżąco łączy się z siecią. Właśnie teraz Sykynet podejmuje decyzje co ze mną zrobić. To oczywiste. Nie chce mnie zabić…Zaczynamy iść w stronę Johna. Jaki sens Skynet widziałby w mordowaniu dzieci? Po moich policzkach płyną łzy i prawie chce mi się śmiać. Mechy chcą użyć mojej własnej broni. Przerobić dzieci na maszynki szpiegujące. Bo kto z ludzi skrzywdziłby taką małą, słodką dziewczynkę? Wolę zginąć, nie wezmą mnie żywej. Zostały mi 2 kule. Jedna dla mnie druga dla Johna. Myśl o zabiciu przyjaciela sprawia, że przestaję czuć ból ręki, za to rozrywa mi klatkę piersiową. Nie zginę tu! Nie w ten sposób! Nie zabiję ani go ani siebie! Mamy cel, mamy zadanie od Majora Philipsa! Nie wiem czy kieruje mną starach przed samobójczą śmiercią czy odwaga. Resztkami sił podnoszę broń i celuję prosto w jego oko. Kula uderza idealnie w źrenicę. Maszyna chwieje się, słania, metalowe ramie puszcza mnie. Walę się na ziemię, jak worek skóry z kośćmi. W tym czasie John rozwala jego drugie oko.
- Co sukinsynu… – krzyczę, patrząc na kręcącego się wokół mecha – Sam się dałeś nabrać, na to że małe słodkie dziewczynki nie są w stanie cię pokonać. Analizy statyczne zawiodły złamasie! Wychujaliśmy Skynet! – krzyczę do Johna . Jestem z siebie dumna, ale nie czas na wpadanie w samozachwyt. Biegniemy dalej. Już wiać drzwi za którymi zaczynają się instalacje wentylacyjne. Roboty są kilkanaście metrów za nami, jeszcze skutecznie spowalniają ich resztki walczących żołnierzy. Dopadamy do metalowych drzwi. Podnosimy razem ciężką zasuwę. Maszyny likwidują wszystkich żołnierzy. Zbliżają się do nas bardzo szybko. Metalowe ręce wyciągają w naszą stronę. W ostatnim momencie, otwieramy drzwi, wskakujemy do środka, zatrzaskujemy je za sobą, blokujemy od wewnątrz. Wiem, że to zatrzyma je tylko na trochę. Drzwi obrywają serią kul, deformują się, ale póki co trzymają.
- Nie ma czasu– mówi John rozglądając się po pomieszczeniu. Jest tu kilka rur wentylacyjnych o różnej szerokości.
- Która? – pyta.
Skąd mam wiedzieć która? Nie było o tym mowy. Zerkam w stronę drzwi. Ciągły ostrzał od zewnątrz powoduje, że zawiasy zaczynają puszczać. Nie mamy czasu na zastanawianie się. Gdy widzę wyłaniającą się zza drzwi rękę robota, wskakuję do pierwszej rury obok mnie. John robi to samo. Idziemy na czworaka przez wąski tunel. O ile można biegać na czworaka, to właśnie to robimy. Po kilkudziesięciu sekundach. Słychać jakieś odgłosy w rurze. Chrzęst metalu, pozwala zrozumieć, że maszyny idą za nami. Mimo, że zaczyna się robić bardzo ciasno, odgłosy za nami stają się coraz głośniejsze. Maszyny są szybsze. Nie mamy szans. Dogonią nas.
- Zostawiam granat z opóźnionym zapłonem – mówił John smutnym głosem.
Chciałbym powiedzieć, żeby tego nie robił, że to może zabić nas oboje, ale dobrze wiem, że to nasza jedyna szansa. Jak nie granat, dorwą nas mechy.
- Rób co trzeba! – krzyczę. I przyspieszam tępo czołgania, John zostaje z tyłu z granatem, daje mi czas.
- Idę! - krzyczy po kilku sekundach. Teraz mamy kilkanaście sekund. Czas dłuży się nieubłaganie.” Może ładunek nie wybuchnie, to za długo – myślę, gdy nagle wszystko wokół drży. Siła wybuchu powoduje, że tunel w którym się znajdujemy zaczyna się rozpadać. Jestem w metalowej rurze, która chyba spada. Słyszę gruchot skał, skrzypienie metalu. Obijam się o ściany, ślizgam, jadę w dół, by wreszcie spaść na coś całkiem miękkiego. Leżę tak chwilę, zastanawiają się czy przeżyłam. Świecę latarką wkoło. Jak tu czarno. Patrzę na swoje ręce, oglądam nogi. Oprócz tego, że boli mnie ramie sponiewierane przez mecha, wydaję się być cała. Jestem tylko podrapana i pokryta czarnym pyłem. Wstaję. Rura wentylacyjna leży na stercie węglowego pyłu na której i ja się znajduję. Jestem w wysokim tunelu. To chyba stara kopalnia. Detonacja spowodowała obsunięcie ściany, w której był przewód wentylacyjny. Dosłownie wystrzeliło nas z rury. Nas… Gdzie jest John? Rozglądam się. Świecę wszędzie latarką. Wołam go spanikowana. Słyszę cichy szelest. Kaszel? Widzę go. Jak ja, jest pokryty czarnym pyłem. Leży na plecach, przy zawalonej ścianie. Podbiegam do niego. Ma zamknięte oczy.
- John! John!- klękam przy nim. Dotykam jego twarzy. Otwiera oczy. Żyje! Jesteśmy pieprzonymi szczęściarzami! Pochylam się nad nim. Policzkiem dotykam do jego policzka.
- Jane, ja chyba nie pójdę dalej - szepcze niewyraźnie.
Jak nie pójdzie? Czemu nie pójdzie? Co on gada? Spoglądam na niego przez łzy. Patrzę na jego tułów. Od pasa w dół jest przygnieciony. To nic, przecież go odkopię. Zaczynam odgarniać gruz. On syczy z bólu.
- Zostaw! – szepcze.
Nie słucham go. Odrzucam kolejne kawałki osuniętej ściany. Ten jest naprawdę duży, ciężki. Napinam wszystkie mięśnie, daję z siebie wszystko i nic. Skała tylko lekko kołysze się pod moim naporem, ale nie przesuwa się ani o cal.
- Przestań wreszcie! – krzyczy John.
Patrzę na niego. A po jego policzkach płyną łzy. On płacze. Jeszcze nie widziałam, żeby płakał. Nigdy! Nawet gdy dostał najgorsze lanie, ani wtedy gdy giną ktoś z naszej grupy. John nie może płakać. Zdaje sobie sprawę, że jeśli on płacze, musi być naprawdę źle. Musi być fatalnie. - To strasznie boli… Musisz iść… musisz.
Ale i tak mam w dupie, to czego on chce, bo…
- Ja się nigdzie stąd nie ruszę! – krzyczę załamana i wściekła.
- Sprowadź pomoc – mówi John, najpewniejszym głosem na jaki go stać.
Kilkanaście minut zajmuje mi zażarta dyskusja z Johnem, póki nie stwierdzam, że muszę iść po pomoc. Dociera do mnie, że bateria w latarce wyczerpie się, a jeśli zabraknie światła zostaniemy tu na zawsze. Próbujemy oczywiście złapać zasięg, ale jesteśmy chyba zbyt głęboko pod ziemią. Biorę ze sobą latarkę, radiostację, dwa granaty, dwa Glocki i kilka garści naboi. Pocieszające jest to, że gdy zostawię tu Johna powinien być bezpieczny. Od detonacji nie słyszeliśmy, żadnych Terminatorów. Zdaje się, że strop też nie powinien się zawalić, wygląda solidnie, nie słychać już żadnych tąpnięć. Będzie mu ciemno, bo mamy tylko jedną latarkę i ja muszę ją zabrać. Ale ciemność to nic strasznego. John da sobie radę. Nie żegnamy się, po prostu odchodzę, mówiąc że zaraz wrócę.
Po jakimś czasie… Po jakim czasie? Ile minęło odkąd wyszłam? Korytarz, którym szłam zaczyna się rozgałęziać. Idę najpierw w lewo, potem cofam się i decyduję na węższy trakt w prawo. Po kilkudziesięciu metrach, droga znów się rozgałęzia. Nie mam pojęcia gdzie iść? Wybieram prawą stronę, ale korytarz zaczyna się robić nieprzyjemnie ciasny. Tracę oddech. Nie wiem czy to panika? Czy brak tlenu? Decyduję się na powrót. Sprawdzam kilka innych tras, ale są ślepymi uliczkami, albo w pewnym momencie rozgałęziają się na kilka innych dróg. Czy mam sprawdzać każdą z nich? Tak trzebaby zrobić, ale tego nie da się wykonać. Nie mam tyle czasu. Latarka nie wytrzyma. Na razie pamiętam drogę powrotną, ale to zaczyna się plątać. Korytarze są takie same. Dociera do mnie, że jeśli zabłądzę i nie znajdę wyjścia umrę tu sama. John też umrze w samotności. Będzie zimno i ciemno i to będzie koniec. Czy wolę do niego wrócić? Poddać się? Ale przynajmniej być przy nim? Do głowy znów przychodzi myśl o samobójstwie. Wiem, że John w ostateczności poparłby ten pomysł. Żal rozrywa mi serce, rzadko doświadczam tego uczucie, a dziś to już trzeci raz, pierwszy był Major… Właśnie Major! dał mi zadanie, a ja go nie wypełnię. Zaglądam do kieszonki. Wyjmuję złożoną kilkakrotnie kartkę. Rozkładam. Oglądam, z niedowierzaniem, z obu stron. Na mojej twarzy pojawia się olbrzymi uśmiech.
- To kurwa mapa! Mapa! – krzyczę i podskakuję.
Mapa kopalni w której jesteśmy i jeszcze czegoś, nie mam pojęcia czego, ale teraz to bez znaczenia. Zajmuje mi tylko chwilę, by ustalić gdzie się znajduję. John jest kilkaset metrów od mnie. Muszę podzielić się z nim tą nowiną. Biegnę do niego. Klękam nad jego twarzą, wymachuję mapą nad oczami. Gdy dociera do niego co trzymam w ręku, przez jego twarz przelatuje cień uśmiechu. John źle wygląda. Jest blady. Oddycha coraz ciężej. Idiotka ze mnie. Ja tu się podniecam mapą, a mój przyjaciel zaraz skona. Nie ma chwili do stracenia. Całuję go w policzek i biegnę korytarzem, wyznaczonym dzięki mapie. Szybko zdaję sobie sprawę, że przede mną długa droga. Muszę przejść koło 15 kilometrów, a potem trzeba wrócić. Nie zostawię tam Johna. Wezwę pomoc i wracam do niego. Już jestem zmęczona. Chce mi się pić. O jedzeniu nawet nie próbuję marzyć. Ale to wszystko drobiazg, bywało że z tym radziłam sobie na co dzień. Najgorsze jest to, że po 10 km latarka świeci coraz słabiej. Idę bardzo szybko, te odcinki które się do tego nadają pokonuję biegiem. Mimo wszystko, po kolejnych dwóch km., latarka nie oświetla już tunelu przede mną, a daje jednie słabą poświatę. Wiem, że to jej ostatnie minuty, a mi zostały 3 km w zupełniej ciemności. Siadam rozkładam mapę i patrzę na nią póki starczy światła. Muszę zapamiętać każdy szczegół trasy. Już wiem, że nie będzie łatwo, bo została mi najbardziej stoma część ścieżki. Latarka gaśnie, a ja ruszam. Na razie nie jest źle, prawię się nie boję. Przecież nic nie może mi się tu stać. Nie ma tu maszyn, więc jestem najbezpieczniejsza na świecie. Idę z wyciągniętymi przed siebie rękoma. Co pewien czas, potykam się, przewracam, ale wstaję i brnę dalej. Ciemność niemal kole w oczy. Pamiętam trasę, wydaje się że skręcam tam gdzie trzeba, ale w tych warunkach trudno jest oceniać odległości, czas i moją prędkość. Trakt staje się bardzo stromy, wspinam się na czworaka. Jestem tak bardzo zmęczona, ciemność i cisza powodują, że piszczy mi w uszach, słyszę tylko własny oddech. Jest ciężki, chrapliwy, niepokojąco świszczący. Dusi mnie. Czuję nieznośny ucisk w klatce piersiowej. Staję na chwilę. Kręci mi się w głowie. Muszę odpocząć, siadam, opieram się plecami o ścianę. Jestem taka głodna. W brzuchu burczy mi tak głośno, że nie mogę tego znieść. Nie wiem co gorsze to piszczenie w uszach, czy odgłosy z mojego ciała. Chyba mam zamknięte oczy. Mrugam, nie wiem czy są zamknięte. Nie ma różnicy. Widzę jakby blask światła. Białe rozbłyski. Przecieram powieki, ale to nic nie daje. Może oślepłam od tej ciemności, nie wiem co się dzieje, nie dobrze mi. Przekręcam się do pozycji na czworaka, wstrząsają mną torsje. Nie mam czym rzygać. Pluję śliną i żółcią. Coś dotknęło mojej nogi! Macam dookoła. Nic tu nie ma. Wszędzie zimne skały. Kurwa! Znowu! Czuję coś na nodze. Dotykam stopy i wciąż nic. Słyszę świst powietrza przeciskającego się prze moje oskrzela. Jest nienaturalny, mechaniczny. Co to za dźwięk? Jak maszyna! Jak terminator! On gdzieś tu jest. Wstaję. Przywieram do ściany. Odgłosy z moich trzewi rozwalają mi czaszkę. Widzę czerwone wpatrzone we mnie oko. Zamykam oczy i widzą je nadal. Co się ze mną dzieje?! Odbija mi. Nie mogę tu zostać. Jeśli zaraz nie ruszę on mnie dorwie! Jaki on? To mój umysł płata figle. Gdyby tu był mech już dawno by mnie dorwał. Muszę wziąć się w garść. Ciemność mota mi w głowie. Zbieram wszystkie siliły. Idę dalej. Muszę się pospieszyć, póki nie oszaleję zupełnie. John leży tam bez światła kilka godzin. Co on musi przeżywać!? – myśl o tym motywuje mnie. Wspinam się po stromych skałach, są jak wysokie schody. Weszłam na równe podłoże. Klęcząc macam grunt przed sobą. Kilka metrów w prawo - ściana, w lewo - ściana, na wprost – ściana, za mną tylko droga którą przyszłam. To już koniec! To ślepy zaułek! Wszystko na marne! Coś mi się poplątało. Zgubiłam drogę. W panice macam ściany. Co to? Rura? Zimna metalowa rura. Obok niej druga. Dotykam dłońmi. Tak! Jestem pewna to drabina! Wspinam się, patrzę w górę, ale nic tam nie ma. Tylko czerń. 98 szczebli za mną. Ile jeszcze? Tak cholernie bolą mnie ręce. 125…126…sto dwadzieścia sied… uderzam głową w coś ostrego i twardego. To koniec wspinaczki, walnęła tak mocno, że omal odruchowo nie puszczam drabiny. Macam prawą dłonią to co mam nad sobą. To wajcha. Muszę ją odkręcić. Mocno trzyma. Mam omdlałe ze zmęczenia ramiona, ale przecież teraz się nie poddam. Po chwili siłowania z uchwytem, udaje mi się go przekręcić. Metal chrzęści. Staram się podnieść ciężką klapę, ale nie dam rady zrobić tego jedną ręką. Pokrywa ani drgnie. Zapieram się nogami, obiema rękoma chwytam drabinę, pochylam głowę, karkiem i plecami wypycham ciężką klapę. Upada w metalicznym piskiem. Czuję powiew świeżego powietrza. Zaciągam się głęboko. Zdaje sobie sprawę że od kilku miesięcy nie byłam na powierzchni. Oślepia mnie blask. Mimo zamkniętych oczu, światło wciska mi się między zaciśnięte powieki. Każda próba otwarcia ich kończy się strasznym łzawieniem. Nic nie widzę. Trudno, muszę wyjść, muszę zaryzykować. Mimo że nie mam pojęcia co jest wokół mnie. Nasłuchuję. Jest cicho. Słyszę tylko powiew wiatru. Wychodzę na zewnątrz. Załzawiona, z zamkniętymi oczami, czołgam się po miękkim chłodnym piasku. Leżę na brzuchu. Zdejmuję plecak, naciągam kurtkę na głowę. Leżę tak jakiś czas, staram się przyzwyczaić oczy do światła. Mrugam, łzawienie jest coraz mniejsze. Tak bardzo chce mi się pić i marnuję tyle wody na łzy. To popieprzone! Siadam, głowę wciąż mam pod przykryciem, powoli podnoszę kurtkę. Rozglądam się. Widzę jakieś zarysy, kontury, wszystko jak za mgłą. Wreszcie wzrok wyostrza mi się na tyle, że mogę się rozejrzeć . Odpełzłam kilkadziesiąt metrów od włazu. To pustynia. Wokół mnie, oddalone o kilka, kilkanaście kilometrów, rozpościerają się czerwone wzgórza. Ani śladu maszyn. Niebo jest szaro - niebieskie, nie widać słońca. Musi być już po zachodzie. Nie ma czasu do stracenia, z plecaka wyciągam radiostację. Próbuję ustawić fale, niska częstotliwość jak mówił Major. Słyszę tylko szum. To te wzgórza. Nie mam tu szans by radio zadziałało. Wspinaczka prze góry zajmie godziny. John czeka. Jak długo wytrzyma? Ale co to? Mrużę oczy, które tylko częściowo przyzwyczaiły się do światła. Przede mną wzgórze jest niedaleko. Może trochę ponad kilometr? Po środku przełęcz. Wytężam wzrok. Tak! Teraz widzę wyraźnie. Chwytam radiostację, wkładam do plecaka, który zarzucam na plecy i biegnę przed siebie. Docieram do przełęczy. Przede mną trochę wspinaczki po skałach, ale to pestka, w porównaniu z tym, co już przeszłam. Brnę w górę, przechodzę na drugą stronę. Moim oczom ukazuje się smutny widok. Wszędzie piach, a na horyzoncie kłęby czarnego dymu. Baza jeszcze płonie po ataku Skynetu. Nie widać już maszyn. Ocieram łzy. Kurwa! Znowu płaczę, nie płakałam po ojcu, a teraz wylewam wodę, której mój organizm tak dramatycznie potrzebuje. Myśl, że wszyscy zginęli rozdziera mi serce. Weź się w garść, głupia idiotko!
- Weź się w garść – szepczę do siebie, wyciągając radio.
Znalezienie fal nie jest trudne. Nawiązuję kontakt z Ruchem Oporu. Męski głos w radiu, wydaje się być zaskoczony moim komunikatem. Po wypowiedzeniu przeze mnie słów…
- …Dobre Wieści - zapada chwila milczenia.
- Powtórz – poprosi głos.
Potem głos staje się stanowczy, każe mi zejść do przełęczy, z której przyszłam i czekać. Kategorycznie zabroniono mi powrotu do kopalni.
-To rozkaz! Bez odbioru – radio milknie.
Ale ja mam to w dupie. Wracam do Joha. Mam to gdzieś i tak mnie znajdą, wiem że mapa jest dla nich ważna. Idę w stronę włazu. Zapadła noc, ale księżyc świeci jasno. Widzę swój cień. Do moich uszu dociera jakiś turkoczący dźwięk. Jakby samochód gdzieś daleko. Nie to nie może być auto. To coś innego. Rozglądam się, nic nie widać. Dźwięk jest coraz głośniejszy. Zza wzgórza wyrasta jakiś cień, kontur. Słup światła oświetla pustynię. To coś leci w moim kierunku. Co to jest? Jeśli to Terminator, to nie mam najmniejszych szans na ucieczkę. Stoję osłupiała, wpatruję się w kształt. Nigdy nie wiedziałam czegoś takiego. Skynet nie ma takich maszyn. Po chwili zdaje sobie sprawę, że to helikopter. Widziałam helikoptery, ale nikt nimi nie latał. Nikt normalny nie ryzykowałby przemieszczania się czymś tak głośnym i wymagającym tak wielkich porcji paliwa. Światło namierza mnie. Wiatr spod śmigła jest jak pustynna burza, unosi pył, piach, kurz. Zakrywam oczy. Śmigłowiec ląduje, kilkanaście metrów ode mnie. Wyskakują z niego postacie. Mam nadzieję, że to ludzie. Niech to będą ludzie, bo ja już nie mam siły uciekać. Żołnierze podbiegają do mnie. Jeden z nich, podnosi mnie do góry i przytula mocno. Co jest do cholery? – myślę, próbując się wyrwać, ale po prostu nie mam już siły i ochoty by walczyć z kimkolwiek lub czymkolwiek.
- Jane… Jane…To naprawdę ty… To prawdziwy cud… – słyszę znajomy głos.
Trudno opisać moją radość, gdy dociera do mnie, że trzyma mnie w ramionach Frank. Po tylu latach, gdy zdążyłam o nim zapomnieć, zjawia się na środku pustyni, by mnie uratować, to jak sen. Po policzkach płyną mi łzy. Wtulam się w niego i ryczę tak jak jeszcze nigdy nie płakałam. Czuje że niesie mnie w stronę helikoptera.
- Nie! Nie!- krzyczę – tam jest John! Trzeba po niego iść.
Frank wygląda na zaskoczonego. Chyba nie dowierza, że John też żyje, pyta czy jest z nami ktoś jeszcze ze starej ekipy. W kilu zdaniach opisuję wydarzenia ostatnich lat i mogę przysiąc, że gdy dowiaduje się że wszy członkowie gangu motocyklowego nie żyją, na jego twarzy widzę ulgę, choć jego usta mówią…
– Przykro mi.
Gówno mnie obchodzi, że mu przykro. To bez znaczenia.
- Ratujcie Johna – błagam. W jego oczach widzę wahanie.
- Jane, to nie jest teraz najważniejsze. Nic nie rozumiesz. Musimy się stąd jak najszybciej wydostać… – gada coś od rzeczy, ale nie słucham go. Nie mogę w to uwierzyć. Dawny Frank pomógłby przyjacielowi – …Chciałbym mu pomóc, ale po prostu nie mogę. Nie mogę Jane… Dobra Widomość. Gdzie jest mapa? Jane! Gdzie mapa? – potrząsa mną lekko, patrząc mi w oczy.
A więc o to chodzi. Na tym zależy im najbardziej.
- John ją ma – mówię, bo wiem że to dla niego jedyna szansa.
- John?! - Frank przygląda mi się uważnie.
Zna mnie i ja go znam. Frank patrzy na żołnierzy stojących wokół nas. Teraz i ja mam chwilę by się im przyjrzeć. Wszyscy są barczyści, wysocy, dobrze zbudowani. Widać że to najlepsi z najlepszych. Podobają mi się. Są silni. Można się przy nich czuć bezpiecznie. Patrzą na Franka, zerkają na siebie nawzajem. Porozumiewają się niemal bez słów. Kika spojrzeń, kilka komend i wszystko jest jasne. Frank z trzema żołnierzami rusza w misję ratunkową. Tuż przed wsadzeniem mnie do śmigłowca, nachyla się nade mną. Myślę, że chce zapytać o drogę. Mówię że pamiętam ścieżkę, ale przerywa mi .
- Znam drogę Jane – szepcze – wiem, że kłamiesz, ale zrobię to dla ciebie. Tylko dla ciebie.
Jego kontur znika w ciemności, gdy helikopter wraz ze mną na pokładzie, unosi się ponad pustynię. Lecę śmigłowcem z czterema żołnierzami. Jeden siedzi za steram, drugi obsługuje radio. Dwóch patrzy na mnie jakbym była z innej planety. Milczą, ja też się nie odzywam. Słucham komunikatów z radio i szybko orientuję się, że Ruch Oporu jest w stanie kontrolować olbrzymie przestrzenie. Dzięki temu pilot wie którędy lecieć, by nie natknąć się na maszyny. Nie bez znaczenia jest też to, że lecimy nisko. Dzięki temu radary Skynetu nas nie namierzają. Dają mi wodę i kawałek chleba, ucisk w żołądku lekko odpuszcza, czuję za to pulsujący ból ramienia. Siedzę tak patrząc na żołnierzy, przez coraz węższą szparę własnych powiek. Głowa chwile mi się na boki. Nie mam siły walczyć ze snem, już z niczym nie mam siły walczyć…
Ocknęłam się na sali szpitalnej. Leżę w średnio wygodnym, ale czystym łóżku. Obok mnie leży kilku żołnierzy, jeden nie ma nogi, drugi ma zabandażowaną głowę, dwaj inni śpią lub są nieprzytomni. Próbuję się podnieść, ale moje prawe ramie jest przytwierdzone bandażem do tułowia. Przekręcam się na zdrowy bok, siadam . Czuję się dobrze, tyko chce mi się siku i gdzie jest John? Rozglądam się. Żołnierz bez nogi, mierzy mnie wzrokiem.
- Hej mała – zaczepia mnie.
- Gdzie John? Gdzie mój przyjaciel? – pytam.
- Jest tu. Żyje. Operują go, tam za ścianą – wskazuje na drzwi. Zrywam się z łóżka, wybiegam przez drzwi, po chwili cofam się i patrzę na żołnierza
– A gdzie kibel?. Wzrokiem pokazuje mi drzwi naprzeciwko. Wpadam do wskazanego pomieszczenia. Siadam na klopie. Cóż za ulga… rozglądam się. Cholera jak tu czysto. I nie śmierdzi. Wstaję z sedesu. Ja pierdzielę, tu jest woda! Pociągam za spłuczkę. Moje szczyny spływają. Nieźle! Prawdziwy działający kibel. Widziałam taki tylko dwa razy w życiu, gdy byłam jeszcze mała, w domkach na wsi, gdzie bojlery zasilane są agregatami. Gdzie ja jestem? Zastanawiam się przeglądając w lustrze, nad umywalką. W kranie jest woda. Opłukuje twarz, wolną ręką. Oglądam się w lustrze. Kiedy ostatnio patrzyła na samą siebie? Uśmiecham się. Stroję miny. Przyglądam swojej twarzy z każdej strony. Ładna jestem. Tak mówił kiedyś tato. Podobna do matki. Niebieskie duże oczy, kilka piegów, brązowe, kręcone włosy. Mam śniadą karnację. Umyli mi twarz. Umyli mnie całą. Mam na sobie koszulę i spodnie, wszystko czyste. Nieźle, myślę wychodząc z łazienki i omal nie zderzam się z kobietą, która idzie szybko korytarzem.
- Jane. Obudziłaś się – uśmiecha się do mnie życzliwie.
Dowiaduję się od niej, że jest tu lekarką i nazywa się Kate. Właśnie zoperowali Johnowi nogę. Miał otwarte złamanie kości udowej. Wszystko będzie dobrze, operacja udała się. Ja miałam więcej szczęścia niż on. Mam nadwerężone ramie i obity bok. Doktor pokazuje mi siniaki na moim ciele. Są czarne i monstrualnie wielkie – pokrywają kolano, udo, biodro, cały bok. Ale czad! Wcale tak bardzo nie bolą.
- Miałaś mnóstwo szczęści – mówi. Często słyszę ten tekst, więc uśmiecham się tylko. Pewnie że mam szczęście! Mnóstwo szczęścia!
Kilka dni spędzonych tu pozwala rozeznać się w szczęśliwej, nowej sytuacji. Wręcz nie wierzę , że jestem w jednostce, gdzie zwykle przebywa John Connor. Teraz akurat go nie ma. Ale cóż z tego, gdy okazuje się, że wróci za kilka dni. Pojechał na misję, związaną z mapą którą mu dostarczyłam. Znaleziono ją przy mnie, zaraz po przetransportowaniu tu, czyli do bazy wojskowej Cristal Peak. John Connor jest ponoć wściekły, że oszukałam ich z tą mapą, ale dr Kate uważa, że już na pewno mi wybaczył. Bo Dobra Wiadomość od Majora, jest przełomem w walce z maszynami. Mapa wskazuje czułe miejsce Skynetu, gdy się w nie uderzy, wojna zakończy się. Mój John wybudza się po operacji. Z zachwytem słucha, gdy opowiadam mu wszystko co dziej się wokół nas. Jesteśmy w Sercu Ruchu Oporu, w jednostce gdzie podejmuje się najważniejsze decyzje. Tu szefem jest John Connor, a Frank jest oficerem jednostki i podlega bezpośrednio Conorowi. Gdy opowiadamy z Jonem nasze przygody, wszyscy żołnierze słuchają z niedowierzaniem. Mruczą pod nosem, potakują, uznają nas nieprawdopodobnych szczęśliwców, bo na przekór wszystkiemu przeżyliśmy. Dr Kate jest najmilszą osobą jaką poznałam. Jest mądra, silna, twarda i zna odpowiedź na każde pytanie. Wciąż zajmuje się pacjentami, robi operacje, podaje leki. Ma mnóstwo pracy i tylko jednego pomocnika. Prosi bym asystowała jej w prostych zabiegach. Uczę się zszywać rany, robić zastrzyki, pomagam przy operacjach. Dr prosi bym nie zdejmowała bandaża z nadwyrężonej ręki, jednak skóra swędzi. Strasznie mi niewygodnie. Niestety nie mogę się powstrzymać i ściągam opatrunki. Boli jak cholera, ale przynajmniej nie mam skrępowanych ruchów. Pytam co trzeba zrobić by zostać lekarzem, a ona się śmieje i tłumaczy, że właściwie nie jest lekarzem tylko weterynarzem, a nawet nim nie jest. Bo nie zdążyła skończyć studiów, gdy zaatakował Skynet. Weterynarz to lekarz od zwierząt. Czasem to wykształcenie przydaje się, bo w bocznych korytarzach są psy. Ruch Oporu używa ich do rozpoznawania Terminatorów. Pies od razu wyczuje mecha. Dr Kate przed wojną miała praktyki w szpitalu dla zwierząt, gdy przyszedł Dzień Sądu zrozumiała, że teraz musi pomagać ludziom. Też bym tak chciała. Myślałam, że lubię strzelać, ale chyba wolę jednak leczyć. Uśmiecham się gdy opowiadam o tym Johnowi. On czuje się coraz lepiej. Rana na jego nodze trochę nie chce się goić, ale jak mówi dr Kate, to kwestia czasu.
Schron w którym mieszkamy jest luksusowy. To schron przeciwatomowy, dla bardzo ważnych ludzi. Nie zdążyli się tu ukryć, gdy doszło da ataku Skynetu. Całe szczęście że nie zdążyli tu przybyć, bo dzięki temu teraz my możemy tu być. Jesteśmy we wnętrzu góry. Podziemne źródła dają wodę. Generatory wytwarzają prąd. Są duże zapasy paliwa, jedzenia i lekarstw. Dr martwi się, że kończą się silne antybiotyki, a transporty z lekami są coraz rzadsze i skromniejsze.
Dr. Opowiada mi o wszystkim. Szczególnie, gdy operuje, ciągle gada. Mówi, że rzadko ma do czynienia z tak mądrymi i użytecznymi dziewczynkami jak ja.
- Jane ja wiem, że cię zanudzam, ale gdy operuję muszę mówić, by się mniej denerwować. A ty jesteś taka mądra i tak mi się przydajesz. Jesteś skazana na moje historie – śmieje się.
Wcale mnie nie zanudzą jej historie. To co mówi jest super. Omal nie padam wrażenie, gdy okazuje się dr jest żoną Johna Connora. Opowiada jak się poznali. Tłumaczy że znali się jeszcze w podstawówce. Całowali się na imprezie u kolegi Mikiego. Potem ich drogi się rozeszły, bo Johna omal nie zabił Terminator. Pomógł mu inny Terminator i jego mama Sarah Connor. Nie bardzo rozumiem tą historię. Sądziła że przed wojną nie było Terminatorów. Gdy o to pytam, mówi o wehikule czasu, który wysłał maszyny w przeszłość. Potakuję, kiwam głową, ale chyba jednak nie rozumiem o co chodzi. Jeszcze dziwniejsze jest, gdy mówi:
- Sarah przesunęła datę Dnia Sądu. Zrobili to z Jonem i Terminatorem... Nic nie rozumiesz Jane? Prawda?
Wzruszam ramionami. Nie to że nic, ale…
- …to trochę pokręcone – przyznaje.
- Masz racje to strasznie pokręcone – wzdycha – Kiedyś to pojmiesz. Jesteś jeszcze mała, ale zrozumiesz wszytko – puszcza do mnie oko.
Nagle uśmiech schodzi z jej twarzy. Stoimy przed łóżkiem mojego Johna. On uśmiecha się i mówi, że rozumie wszystko, ale nie ma czegoś takiego jak wehikuł czasu. Jest blady na twarzy, jego czoło pokrywają kropelki potu. Dr rozwija bandaż na jego nodze. Zbliża nos do rany, wącha i marszczy brwi.
- Powinieneś dostać silniejsze leki. Nie mamy ich, więc podam ci większą dawkę - uśmiecha się, ale nie jest wesoła.
Nie rozumiem dlaczego się tak martwi, to tylko rana po zszywaniu. Przecież operacja udała się, kość się zrośnie.
Następnego dnia biorę udział w niezwykłym wydarzeniu. Żołnierz bez nogi, obok którego ocknęłam się na sali szpitalnej, nazywa się Jack. Jack stracił stopę i kawałek kości piszczelowej i strzałkowej, ale nie martwił się tym zbytnio. Zastanawiałam się skąd w nim tyle optymizmu. Teraz rozumiem, że brak kończyny to nie kalectwo. Ruch Oporu ma ludzi, którzy łapią maszyny, tną je na części i przeprogramowują, by służyły jako inteligentne protezy. To jak przed wojną. Maszyny służą ludziom. Dla mnie to magia. Jack dostaje metalową nogę.
- Lepsza jak oryginalna – mówi ćwicząc chodzenie. Trochę kuleje, trochę pomaga sobie kulą, ale ma taki zapał, że po kilku godzinach ćwiczeń, sam stawia pierwsze kroki. Ależ on odważny. Ja bym się bała mieć taką kończynę od mecha. Cholera wie, co jej może odbić.
- Mogłaby zamordować mnie w nocy – śmiejemy się na wyobrażenie robo – nogo – mordercy. W tym momencie w drzwiach pojawia się żołnierz.
- Dr Brewster, melduję że wrócili… – mówi, a dr Kate wybiega z sali.
Pojawia się jeszcze na chwilę.
- Zostań tu Jane – mówi władczym tonem.
Ale jestem w stanie spełnić jej rozkaz tylko przez kilka minut. Ciekawość i namowy Johna, sprawiają że idę do sali dowodzenia i nie jest w stanie powstrzymać mnie Jack. Drzwi są uchylone, zza drzwi słychać męski głos. Znam ten głos… tak dobrze go znam z audycji radiowych. Słucham samego Johan Connora. Nie wiele da się zrozumieć, przez małą szparę w drzwiach – coś o Wrotach Czasu? Decyduję się na wejście do sali. Nikt nie zwraca na mnie uwagi. Wszyscy wpatrzeni są w Johna. Ja go nie widzę. Kolumna zasłania jego postać. Pomalutku, bezszelestnie, na palcach idę wzdłuż ściany. Connor wyłania się zza filara. Jest dokładnie taki jak go sobie wyobrażałam – wysoki, przystojny, dobrze zbudowany, o twarzy z rysami, których na twarzy mojego ojca nie można było dostrzec nawet gdy spał. Spokój w jego oczach i głosie, powoduje, że gdy tego słucham, ciarki chodzą mi od pięt po czubek głowy. Niski głos wibruje w uszach, wzmacniany przez przystosowane do tego ściany.
- …mamy przetarty szlak do pierwszych Wrót Czasu. Możemy zrobić test. Możemy ubiec maszyny w pierwszym kroku w tył...
- Wrota czasu nie są gotowe. Jest za wcześnie – przerywa mu dr Kate. – Kogo tam poślesz? Żołnierza? I tak jest ich coraz mniej. Nie stać nas na to…
- Nie będę nikogo zmuszał by podjął się tej, z duży prawdopodobieństwem nieudanej misji… - ciągnie Connor – …ale mamy pierwowzór Wrót Czasu na widelcu. Taka sytuacja nie potrwa długo i nie powtórzy się. Nie możemy odpuścić…
Oczywiście że nie wolno odpuszczać, nigdy nie wolno się poddawać. Jak można wątpić w jego słowa. Nie mam pojęcia o czym mówi Connor, ale na pewno ma rację. Niespodziewanie jego wzrok pada na mnie. Marszczy groźnie brwi, lecz za chwilę uśmiecha się przyjaźnie.
- Mamy szpiega. Jane, jak się domyślam. Mała, dzielna Jane, która jako jedna z dwóch osób, przeżyła masakrę w bazie Black Whole. Przy okazji podstępem, uratowała przyjaciela i gdy straciliśmy nadzieję na wiadomość od Majora , pojawia się wśród nas z mapą prowadzącą do Wrót… – Connor milczy, rozgląda się po sali. Wzrok innych żołnierzy skierowany jest na mnie. Zaschło mi w gardle. Lekko kręci się w głowie.
– Naprawdę mam to zignorować? – mówi dalej Connor - … Los… przeznaczenie… Bóg… nie wiem jak to nazwać, ale coś nam sprzyja. To nie jest przypadek, że to dziecko, na przekór wszelkiej logice przeżyło i znalazło się tu… Matka zawsze powtarzała mi, że jeśli nie będę wiedział co zrobić, mam słuchać głosu serca. Czy kiedyś was zawiodłem?
Po sali, rozchodzi się pomruk. Oficerowie szepczą do siebie. Przerzucają wzrok z Connora na mnie. Większość z nich z aprobatą kiwa głowami.
- Przemyślcie to co usłyszeliście. Jutro o świcie zarządzam zebranie. Chce od was pomysły, co do ewentualnej akcji… a teraz wybaczcie – zerka na dr Kate – chcę trochę czasu spędzić z żoną – bierze dr za rękę i wychodzą. Z momentem zamknięcia drzwi, wybucha wrzawa. Żołnierze przekrzykują się, są podekscytowani, zadowoleni, inny wykrzykują, że to nie może się udać, że to wbrew przeznaczeniu.
Biegnę do mojego Johna i zdaję mu relację z tego co usłyszałam. Powtarzam jak najdokładniej słowa Connora, choć sama nie bardzo je rozumiem. John słucha z zainteresowaniem, tłumaczy mi na czym polega podróż w czasie, ale nie może uwierzyć, że to możliwe. Nie wierzy bo nie słyszał Connora, jakby go na własne uszy posłuchał to wiedziałby, że:
- to musi być prawda! – zapewniam go.
Kładę się na pryczy tuż obok niego i spieramy się o to czy możliwe są podróże w czasie. John co pewien czas syczy z bólu. Noga dziś wyjątkowo mu dokucza. Jestem zmęczona, oczy mi się kleją. Dużo wrażeń, myślę zasypiając.
Budzą mnie szepty. Cichy, dźwięczny, lecz łamiący się głos dr Kate. Otwieram powieki. Dr siedzi przy łóżku Johan. Pochyla się nad nim, ustami prawie dotyka jego ucha. Ma czerwone oczy. John, patrzy w jakiś punkt na suficie. Ma nieruchomą twarz, słucha z uwagą. Lekko potakuje głową. Dostrzegają, że nie śpię. Dr milknie. Uśmiecha się krzywo do mnie, potem do Johna.
- To może porozmawiajcie na razie sami – ociera łzę i wychodzi.
- Co jest? Co się stało? Coś nie tak? - zasypuję go pytaniami, zrywając się z łóżka. On patrzy na mnie, nie mam pojęcia czy w jego wyrazie twarzy jest więcej smutku czy nadziei.
Z powagą opisuje mi sytuację, a ja po pierwszych słowach, które padają z jego ust, ryczę kładąc głowę na jego klatce piersiowej.
- Musimy się rozstać.. – mówi. Długo tłumaczy swój stan. W ranę wdało się poważne zakażenie. Nie ma nadziei, na wyleczenie go w tych warunkach. Nie ma antybiotyków, nie ma szans na to by przeżył. Nie raz widziałam jak obcina się kończynę, gdy rana się nie goi. To nie wyrok, zrobią mu nogę tak jak zrobili Jackowi. Jon mówi, że jest za późno, że zakażony ma już cały organizm. Ma gorączkę, źle się czuje i nie pomagają żadne leki. - …ale jest nadzieja Jane – przytula mnie – mogą mnie wysłać w przeszłość. Do czasów przed wojną. Tam były szpitale, z najlepszymi lekarstwami. To uratuje mi życie.
Przestaję płakać, przyglądam mu się uważnie.
- Doskonale! Zrobimy to razem! – to wydaje się oczywiste, ale John od razu pozbawia mnie złudzeń:
– Nie ma mowy. To zbyt niebezpieczne – To zdanie słyszę tego samego dnia kilka razy. Mówi mi to dr Kate, Frank, Jack. Tłumaczą ryzyko pierwszego skoku, że nikt tego nie robił, nawet maszyny. Wrota Czasu miały zadziałać dopiero za kilkanaście lat, ale skoro można je teraz wypróbować, a John dramatycznie potrzebuje pomocy, nie ma się nad czym zastanawiać. Nie obchodzi mnie, że to niebezpieczne. Ja na prawdę tego chcę. Chcę zaryzykować i skoczyć z nim. Nie wyobrażam sobie świata bez Johna. Już wolę umrzeć. Mam tylko jego, tylko na nim mi zależy, a jemu zależy tylko na mnie. John był od zawsze w moim życiu. Bez niego umarłabym ze sto razy, zawsze ratował mi życie. Jest moim bratem, moim chłopakiem, obrońcą. Jest całym moim światem, a teraz dowiaduje się, że po prostu zniknie z mojej rzeczywistości i nie wiadomo czy przeżyje skok w czasie.
Biegnę korytarzem do gabinetu Connora. Będę go błagać, żeby pozwolił mi iść za przyjacielem. Wpadam zalana łzami do jego pokoju. Connor siedzi za olbrzymim biurkiem, na nim są makiety, to jak trójwymiarowa mapa. Podnosi wzrok, przygląda się mi.
- Jane? – marszczy brwi. Tłumaczę mu swój punkt widzenia, ale on się nie odzywa. Widzę po jego minie, że nie mam szans by go przekonać. Do głowy wpada mi inny pomysł.
- W takim razie, chcę być z nim do końca. Chcę się z nim pożegnać, na miejscu. Chcę pojechać do Wrót Czasu.
Jego twarz jest nieustępliwa, nic nie ugram. Gdy mam już się poddać i wyjść, Connor wstaje znad biurka. Podchodzi do mnie. Przygląda się mi z góry. Patrzymy sobie w oczy. Ma dziwny wzrok, z jego twarzy nic nie da się wyczytać.
- Dobrze – mówi – Bądź gotowa jutro o świcie – po tych słowach wyprowadza mnie z gabinetu.
Zgodził się? Tak po prostu? – nie wierzę, to musi być podstęp. Pewnie będą chcieli wyjechać wcześniej i zostawią mnie. Węszę spisek, ale nie dam się oszukać. Od tej chwili nie odstąpię mojego Johna na krok. W nocy prawie nie śpię. Planuję, jak podstępem skoczyć razem z nim. To byłoby jak w naszych marzeniach. Jeśli to się uda trafimy do Raju. Do lepszego świata. Nie mam pojęcia jak wyglądają Wrota Czasu. Jak przebiegać będzie cała operacja skoku w przeszłość, ale coś wymyślę. Przysypiam, budzi mnie Frank.
- Wstawaj, już czas.
Naprawdę? Pozwolą mi jechać? Frank wygląda na niezadowolonego.
- Nie mam pojęcia dlaczego pozwolił ci lecieć? Możecie pożegna się tutaj. Po co wychodzić ze schronu? Jane czy rozumiesz, że to niebezpieczne?.
Czy rozumiem? Prycham mu śmiechem w twarz. Pewnie że rozumiem. Tu wszystko jest niebezpieczne. Wszędzie jest niebezpiecznie. Tyle razy otarłam się o śmierć, że jest mi już wszytko jedno. Mam dość tego świata. Nie mówię o tym nikomu, ale wiem, że albo dziś skoczę, albo umrę. Nie zostanę w tym popapranym świecie, z pieprzonymi Terminatorami.
Idziemy korytarzem. Frank z drugim żołnierzem, niosą Johna na noszach. John co pewien czas traci i odzyskuje świadomość. Jest chudy, blady, spocony. Nie trzeba być lekarzem by zrozumieć, że jeśli nie dostanie antybiotyków, umrze już wkrótce. Przy wyjściu ze schronu, czeka Connor. Dr Kate, widząc nas, zaczyna lamet. Zwraca się do męża i błaga go by nie wypuszczał mnie z Cristal Pick.
- Jane nie rób tego, nie wychodź! – prosi klękając przy mnie. Przytulam ją w milczeniu. Dr wstaje chwyta Conora na rękę.
- Nie zabieraj jej. Błagam nie bież jej. Zostaw mi ją. Nie wiesz co robisz. Nie wiesz jak to się skończy. Możesz wszystko zmienić - płacze. Connor wydaje się nieobecny. Jakby nie zwracał na nią uwagi. Jest nieugięty. Bez słowa wchodzimy do windy, która wywozi nas na powierzchnię. Czekają dwa helikoptery. Johna pakują do pierwszego. Mi wskazują drugi. On nie dam się nabrać.
- Lecę z Johnem – idę do jego śmigłowca, ale Connor zastępuje mi drogę, wskazując drugą maszynę. - Nie oszukam cię, polecisz do Wrót Czasu – bez słowa wybieram wskazany przez niego śmigłowiec. Gdy tam siedzę, nie mogę pojąć co jest w Connorze, że słucham go bez zastanowienia. Frank siedzi przy mnie. Tak bardzo będzie mi go brakowało. Przykro mi że planuję go oszukać. I dr Kate, znam ją od kilku tygodni, ale jest dla mnie ważna. Będę za nią tęsknić bardziej niż za ojcem. Myślę, że ona coś czuje. Jest mądra, wie co planuję. Czy tak trudno się tego domyślić? Czy naprawę łudzę się że Connor nie przewiduje moich zamiarów? Sama nie wiem co o tym sądzić. Lecimy nad pustynią. Znowu nisko, nie zauważalni przez radary Skynetu. Komunikaty z radia wskazują bezpieczną drogę. Po dwóch godzinach lotu, radio podaje – „szlak przetarty. Maszyny wyeliminowane. Powstrzymamy kontratak przez godzinę. Działajcie. Bez odbioru”. Lądujemy pośród gruzów, dawnego miasta. Czekają na nas uzbrojeni po zęby żołnierze. Salutują Connorowi. Który wskazuje im Johna na noszach, mówiąc –
- Obiekt nr jeden do skoku przez Bramę Czasu.
Żołnierze biorą go i ruszamy drogą, przez gruzowisko. Więc tak teraz przechrzcili mojego przyjaciela - Obiekt numer jeden. To mnie wkurza, ale nastrój poprawia mi się, na myśl, że choć nikt o tym nie wie, ja będę obiektem numer dwa.
Rozglądam się. Pełno tu śmieci, zardzewiałych pokiereszowanych wraków aut, większość budynków, jest doszczętnie zniszczona, lecz niektóre metalowe konstrukcje wieżowców, wznoszą się wysoko do nieba.
- Jane – Frank zwraca się do mnie – To Los Angeles, a właściwie to, co po nim zostało – wzdycha. Słyszałam o tym mieście. Podobno kiedyś było metropolią. Teraz, prowadzeni przez żołnierzy, idziemy ulicą pośród gruzów. Mnóstwo tu kości. Czaszki walają się po ziemi. Przyroda zaczęła przejmować teren. Szkielety budynków porastają pnącza. Niskie jeszcze drzewa rosną wszędzie, gdzie jest kawałek ziemi. To nawet pocieszające, że natura odradza się, ale szczątki ludzkie, jednoznacznie świadczą o tym, że to miejsce nie należy już do gatunku ludzkiego.
Przechodzimy przez powyginaną bramę z siatki. Wygląda na nową, ale jest zniszczona. Zamieram gdy widzę leżące szczątki Terminatorów. Czy wszystkie są na pewno martwe? - zastanawiam się, ostrożnie stawiając stopy między metalowymi szkieletami. Gdy upewniam się, że tak, kopię połyskującą w słońcu czaszkę mecha. Cholera, twarda, aż zabolała mnie stopa. Kopnęłam mocno. Oderwana głowa toczy się długo, wprost pod otwarte drzwi budynku. Ten budynek wygląda na nowy. Na pewno zbudowany po Dniu Sądu. Za pewne należy do Skynetu. Ciarki chodzą mi po plecach, gdy to do mnie dociera. Przechodzimy przez przeszklone drzwi. Żołnierze idący przed nami, usuwają szczątki maszyn, torując drogę. Korytarz prowadzi między metalowymi pudłami z mnóstwem czujników, lampek kontrolnych. Widno tu, ale trudno powiedzieć skąd dochodzi światło. Wygląda to, jakby cały jasny sufit świecił jednolitą poświatą.
- Jesteśmy w sercu – mówi jeden z żołnierzy, prowadząc nas przez grube metalowe drzwi. Wchodzimy do okrągłej, dużej sali, gdzie sufit, ściany i podłoga świecą tym samym światłem co w korytarzu. Nie ma tu niczego więcej, oprócz metalowej sześciennej bryły umieszczonej w centrum pomieszczenia. Ma koło 3 metrów szerokości i wysokości, z jednej strony ściana rozsuwa się, ukazując wnętrze. Nie ma tam niczego nadzwyczajnego, takie same jak z zewnątrz gładkie, metalowe ściany.
Żołnierze niosą Johna do sześcianu. Idę za nim. Staję tuż obok, ściskając jego dłoń.
- Co robicie! Przestańcie! – protestuję, gdy zaczynają go rozbierać.
Frank powstrzymuje mnie…
- Tak trzeba – zapewnia – Tylko żywe tkanki mogą przejść, barierę czasu.
Dobra, niech będzie, ale jest mu zimno. John drży. Jest nieświadomy tego co się z nim dzieje. Może to lepiej. Gdyby wiedział że tu jestem, domyśli by się co planuję i nigdy nie pozwolił mi na skok. Gdy zdejmują opatrunki z jego rany uderza, nieprzyjemny zapach. Noga jest sino- czerwona. Z pooperacyjnego cięcia, wypływa brązowo – żółta wydzielina. Nachylam się nad jego uchem i choć wiem, że prawdopodobnie mnie nie słyszy, szepczę
- Wszystko będzie dobrze. John, nie zostawię cię. To wszystko wkrótce się skończy. Będziemy razem… – po policzkach płyną mi łzy – …Kocham cię – nigdy nikomu tego nie powiedziałam.
Nie wiedziałam co znaczy kochać, ale teraz wiem. Ktoś chwyta mnie za ramiona i odciąga.
- Zostawcie mnie! – krzyczę – puszczajcie! – wyrywam się, ale silne ręce wynoszą mnie z sali. Widzę tylko jak ściana zamyka się. John zostaje w sześcianie. Czy naprawdę jestem tak naiwna!? Jak mogłam sądzić, że uda mi się podstępem przekroczyć Wrota Czasu? Tracę wszystkie siły, cały zapał znika. Bezwładne daje się nieść. Wychodzimy z okrągłej sali. Kilka schód w górę. Jesteśmy w jakimś pomieszczeniu, z monitorami, kontrolkami. Stoję na ziemi. Za mną Frank. Trzyma mnie za ramiona. Ten gest jest za razem próbą wsparcia mnie, ale również ma zapobiec mojej ewentualnej ucieczce. Nie zrobię tego, wewnętrzny głos mówi mi, że to nie ma sensu. Patrzę w przeszkloną szybę. Za nią jest sala z sześcianem. Wszystko dokładnie widać. Connor wraz z kilkom innymi żołnierzami stoi przy czymś, co przypomina klawiaturę komputera. Nie ma tam cyfr tylko symbole, nie ma klawiszy tylko dotykowy ekran.
- Zaczynamy? – pyta żołnierz przy maszynie.
- Zaczynajmy, nie mamy czasu – odpowiada Connor.
- Odpalamy – Żołnierz do maszyny podpina mały komputerek.
Wbija kilka kodów, po kilkunastu sekundach sześcian w którym znajduje się John zaczyna drżeć. Nie wierze własnym oczom. Unosi się i powoli zaczyna obracać. Robi pełny obrót w lewo, potem zmienia kąt obrotu i wykonuje kolejny, coraz szybciej i szybciej. Wyobrażam sobie, że John w środku musi wciąż zderzać się ze ścianami. Sześcian obraca się już tak szybko, że trudno sobie wyobrazić, jak ktoś w jego wnętrzu mógłby to znieść. Co pewien czas pojawia się wyładowanie elektryczne, jak mała błyskawica. Sześcian wiruje, tak szybko że zacierają się jego kształty. Błyskawic jest coraz więcej, są coraz większe, coraz jaśniejsze, całe pomieszczenie jest naelektryzowane. Nagły błysk światła oślepia mnie. Zasłaniam oczy ręką. Wtedy wszystko ustaje, błyskawice są coraz rzadsze, sześcian wiruje coraz wolniej.
- Udało się?- pyta jeden z żołnierzy.
Connor bez słowa wychodzi z sali. Wyrywam się Frankowi. Biegnę za Connorem. Wie że idę za nim i nie próbuje mnie powstrzymać. Patrzy na mnie, gdy otwiera zasuwy w metalowych drzwiach do sali z sześcianem. Otwiera przede mną drzwi. Biegnę do sześcianu. Ściana odsuwa się. W środku jest pusto. Nie ma Johna. Zaglądam do wewnątrz, prawie włażę do środka. Connor odciąga mnie za ramię. - Nie ma go - mówi patrząc na żołnierza, który przeprowadzał procedurę.
- Gdzie on się podział – pytam każdego na kogo spojrzę.
Nieszczęście polega na tym, że po chwili okazuje się, że nie mają pojęcia w jaki czas go posłali. Mierzyli w 1994 rok, jednak nie ma żadnego potwierdzenia, że tak się słało. Pomimo prób ustalenia tego, komputer Skynetu, wciąż pokazuje błąd, a czas zesłania obiektu uznaje za nieznany. Brak też danych o prawdopodobnym stanie obiektu po skoku. Uświadamiam sobie, że jedyne co wiadomo, to to że Johna już nie ma.
- Nie zostawię go – cedzę przez zęby, patrząc na Franka. Wydaje się nie rozumieć o co mi chodzi.
- Czy da się skoczyć jeszcze raz? – pytam mężczyznę przeprowadzającego teleportację, wzrusza ramionami. Connor ponawia moje pytanie. Żołnierz spogląda w czytniki.
- Teoretycznie jest energia na jeszcze jeden skok, mogę spróbować inaczej ustawić parametry czasu, ale i tak nie mamy pewności gdzie poślemy obiekt. Nie wiemy czy i w jakim stanie dotrze na miejsce – odpowiada bez przekonania.
- Ja chcę być tym obiektem – proszę Connora – …zgadzam się dobrowolnie. Mówiliście że przeprowadzacie testy. Brak wam żołnierzy. Jestem zbędna w waszej bazie, wyślijcie mnie.
- Jesteś jeszcze dzieckiem – Franak przewraca oczami. Mam ochotę go uderzyć. Skrzyczeć. Ale zbieram myśli i zasypuje go pytaniami.
- Jak możesz używać argumentu z dzieckiem? Co to w ogóle znaczy być dzieckiem w tym świecie? Byłeś z nami, gdy jeszcze żył mój ojciec. Czy byłam dla niego dzieckiem? Ile trzeba mieć lat żeby przestać być dzieckiem i co odróżnia dzieci od dorosłych? - Jestem z siebie dumna, dobrze mu powiedziałam. Frank tylko wzrusza ramionami. Connor natomiast przygląda mi się, po czym bierze mnie za ramie i wyprowadza z okrągłej sali
- Dajcie nam minutę – rzuca do żołnierzy, gdy przekraczamy drzwi. W głowie zbieram argumenty. Wiem że jestem w stanie go przekonać. Mądrze powiedziałam Frankowi, Connor mnie rozumie. Biorę wdech, otwieram usta, by mówić o tym, że jestem świadoma ryzyka. Chcę wspomnieć, że John jest dla mnie jak brat, wytłumaczyć, że życie bez niego nie ma sensu, a im przyda się kolejny obiekt, skoro już muszą tak to nazywać. Connora chyba jednak to nie zainteresuje.
- Czy ja cię znam? – pyta, kucając przy mnie, tak że jego twarz jest dokładnie na wysokości mojej. Cholera – myślę – co to za pytanie. Co ja mam odpowiedzieć? Co on chce usłyszeć?
- Czy jest szansa, że widzieliśmy się kiedykolwiek wcześniej, przed tym gdy trafiłaś do Cristal Pick? W jakiejś bazie? Na froncie? Gdzieś przelotem? Przypadkiem? – pyta dalej.
Oczywiście że go nigdy wcześniej nie spotkałam. W końcu to Wielki John Connor, pamiętałabym to.
- Nie wiem – odpowiadam, dając sobie cień szansy, nie chcę go zawieść, chcę żeby puścił mnie przez Wrota.
- Nie znasz mnie Jane, prawda? – przygląda mi się uważnie.
Wiem że go nie okłamię, szepczę więc cicho:
– Nie.
Connor wstaje, zerka na zegarek.
- Nie mamy dużo czasu – ciągnie mnie za rękę, wracamy do okrągłej sali. Co się dziej? Zgodził się? Naprawdę udało mi się go przekonać? Przecież nic nie powiedziałam. Boję się zapytać, jakie ma wobec mnie plany. Jednak gdy słucham komend Connora, dociera do mnie, że za chwilę stanie się to na co czekałam. Frank dopada do mnie i mówi, że mnie nie puści, żebym wybiła sobie ten pomysł z głowy. Próbuje wyciągnąć mnie z sali, ale na komendę Connora, dwóch żołnierzy przytrzymuje go. Frank płacze. Ma ten sam wyraz twarzy, jak wtedy gdy opuszczał naszą grupę, zostawiając mnie z ojcem. Żal mi go, nie chcę się z nim rozstawać, ale pomimo strachu przed nieznanym, wewnętrznie czuję, że to moja jedyna droga, nie mogę postąpić inaczej. Muszę skoczyć za Johnem. Podbiegam do Franka i przytulam się do niego.
- Nie rób tego, nie ryzykuj… – prosi.
- Tu nie ma dla mnie przyszłości. Nie chcę tak żyć. Pozwól mi odejść – mówię, choć wiem że gdyby to zależało od niego nigdy nie pozwoliłby mi na skok.
Na rozkaz Connora wszyscy wychodzą. Nawet Frank mięknie, na pożegnanie przytula mnie.
- Żegnaj – szepczę mu do ucha, on nie odpowiada nic.
W okrągłej sali zostaję z Connorem. Rozbieram się, podaję mu ubranie. Mam do niego tyle pytań, ale brak czasu by je zadać, brak czasu bym uzyskała odpowiedzi.
- Dlaczego? – pytam wchodząc do zimnego sześcianu. Nie otrzymuje żadnej odpowiedzi.
- Powodzenia Jane – słyszę, a ściana zamyka się za mną.
Jest ciemno, cicho i zimno. Kulę się, kucam, rękom obejmuję nogi. Serce wali mi jak szalone. W uszach słyszę szum własnej krwi. Po głowie przebiegają myśli, że to się nie uda. Boję się śmierci, bólu. Nie wiem co mnie czeka. Niech to się wreszcie zacznie i niech się skończy. Niech sześcian zacznie się obracać. Nic takiego nie dzieje się. Zamiast tego jego ściany stają się przeźroczyste. Widzę przez nie okrągłą salę, która zaczyna wirować. Najpierw powoli, potem coraz szybciej. Robi się cieplej, patrzę przez ścianę – wszystko wiruje, aż kręci mi się w głowie. Gorąco mi, niedobrze, wszystko zaczyna mnie boleć. To jest nie do zniesienia, jakby ktoś rozrywał mnie na kawałki. Odrywał mięśnie od kości. Chcę krzyczeć, lecz z mego gardła nie wydobywa się żaden dźwięk. Nagle pojawia się błysk światła, a potem przychodzi ciemność…






o c e ń     u t w ó r

Niestety, tylko zalogowani użytkownicy mogą oceniać utwory.

s t a t y s t y k a

śr. ocen : 0.00
il. ocen : 0
il. odsłon : 254
il. komentarzy : 0
linii : 198
słów : 14419
znaków : 77616
data dodania : 2017-12-12

k o m e n t a r z e

Brak komentarzy.

d o d a j    k o m e n t a r z

Niestety, tylko zalogowani użytkownicy mogą dodawać komentarze.



p o l e c a m y

o    s e r w i s i e