Deszczowce.pl wiersze poezja serwis poetycko - literacki

u t w ó r


kategoria : Fanfiction / Książki / Joanne Kathleen Rowling



"Pamiętnik Hermiony Granger"

a u t o r :    JoannaM


w s t ę p :   

Taka sobie opowieść, utworzona przeze mnie w wieku ok. 8-9 lat, więc cudów nie będzie :)
Szczerze mówiąc, wstydzę się trochę tej opowieści.
Proszę, oceniając pamiętajcie o tym, że pisząc to byłam w wieku "bardzo szczenięcym" i strasznie mnie fascynował Harry Potter.



u t w ó r :

1 sierpnia 1999 roku

Moi rodzice kupili mi na imieniny (które odbywają się 30 lipca) ciebie, mój pamiętniczku. Obiecałam im, że będę wpisywać do ciebie wszystkie wydarzenia, które przydarzą mi się podczas roku szkolnego. Tak, mój pamiętniczku, tak, we wrześniu idę do szkoły z internatem! I to nie do zwykłej szkoły - idę do Hogwartu, Szkoły Magii i Czarodziejstwa!! Pewnie się domyślasz, że mam do opowiedzenia ciekawą historię? A więc to było tak:

29 lipca rano przyleciała pod moje okno sowa. Najprawdziwsza! - pióra miała brązowe, podobne do moich włosów, ale trochę jaśniejsze, a w dziobku trzymała kopertę. Zdziwiłam się - po co ktoś męczy biedne zwierzę, skoro istnieje poczta? Pomyślałam, że to mały synek mojego sąsiada - on lubił robić różne dowcipy. Przysięgłam sobie, że po śniadaniu pójdę pogadać z maluchem. Ale po chwili zorientowałam się, że sowa wciąż czeka na otwarcie okna i chwieje się na parapecie, pewnie pod ciężarem listu (oj popamięta mnie ten synek sąsiada) więc otwarłam okno. Sowa prędko wleciała do pokoju i wylądowała na moim łóżku. Wypuściła kopertę i prędko odleciała w swoją stronę. Ja pochwyciłam kopertę, ciekawa, co też ten wybryk natury wymyślił i oniemiałam z osłupienia. Na kopercie było napisane dużymi literami:
HOGWART, SZKOŁA MAGII I CZARODZIEJSTWA.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Ten dzieciak jest nieobliczalny i ma wielką wyobraźnię -pomyślałam. Przecież to nie mógł być prawdziwy list - coś takiego jak magia nie istnieje. Może dla tego chłopca - ale ja czegoś takiego nie uznaję, nie rozumiem też jak można wypisywać takie bzdury!! No trudno. Idę jeść śniadanie, może rodzice coś mi wyjaśnią. Zeszłam na dół (mieszkamy w domu 2-piętrowym a mój pokój jest na górze, na poddaszu)i zobaczyłam dziwny obraz: mama i tata czekali na mnie z jakimś listem w rękach, a miny mieli jakby ktoś umarł.
-Córeńko najdroższa-odezwał się drżącym głosem tata.-Moja najukochańsza.
-NO CO?? -zdenerwowałam się od razu.-CO JA MAM DO TEGO ŻE TEN MALUCH SPOD SZÓSTKI PRZYSŁAŁ MI SOWĘ??????
Nagle zza rodziców wyłoniła się jakaś pani, w dziwnej czarnej sukience. Przelękłam się, czy może naprawdę ktoś nie umarł, a ta pani jest jego krewną?? Ale zauważyłam, że ma śmieszny spiczasty kapelusz, i na pewno nie jest w żałobie, bo by go zdjęła.
-A więc list doszedł?- zapytała nieznajoma.
-Tak-odważyłam się. -Ccczy tto ood ppani??
-Tak, to ode mnie-odparła ona.-Czy go czytałaś??
-Nie-postanowiłam powiedzieć prawdę, bo gdyby ta pani weszła na górę zobaczyła by zaklejoną kopertę. Nie, wolałam nie ryzykować.-Nie, nie czytałam.
-A szkoda-stwierdziła dziwna pani.-Szkoda, bo gdybyś przeczytała to może byś więcej zrozumiała z tego co zaraz powiem.
-A może nie!! -krzyknęłam jej prosto w twarz.-Proszę szybko mówić, bo nie mam czasu!!!
-Mów do mnie pani McGonagall- odpowiedziała z dziwnym spokojem nieznajoma.-Albo profesor McGonagall, jeśli wolisz.
-A więc pani McGonagall, niech pani się streszcza!! -wrzasnęłam na cały pokój. Rodzice chcieli mnie uspokoić, ale nie dałam się przekonać.-A JAK NIE TO WYNOCHA!! -dodałam jeszcze głośniej wskazując palcem na drzwi wyjściowe.
Rodzice przepraszali panią McGonagall, a ja prychałam żeby jej pokazać co o niej sądzę.
-Trzeba było przeczytać list-powiedziała pani McGonagall z uśmiechem.- Nie krzyczałabyś wtedy na mnie.
-A z jakiego, przepraszam, powodu??
-Bo jestem wicedyrektorką twojej nowej szkoły-odpowiedziała pani McGonagall, teraz już z pełnym uśmiechem.
-ZAPISALIŚCIE MNIE DO JAKIEJŚ SZKOŁY BEZ MOJEJ ZGODY?? -wrzasnęłam na rodziców.
-To nie oni cię zapisali-powiedziała dyrektorka.-Nie oni.
-A KTO????- ryknęłam.
-Nikt.
-CO?????
-Po prostu...No jakby to ująć...hmm- jąkała się dyrektorka-no...Jesteś...
-Głupia?- warknęłam.
-Nie-uśmiechnęła się ona-Jesteś czarodziejką.
Zapadło milczenie które przerwał mój okrzyk:
-PROSZĘ SIĘ ZE MNIE NIE WYŚMIEWAĆ!!!!!!!!!!!
-Nic takiego nie robię.
-Magia nie istnieje!!!!!
-Istnieje.
-NIECH PANI UDOWODNI!!!!!!
-Proszę bardzo-odparła ona. Wyciągnęła długi patyk machnęła nim wskazując mnie i mruknęła słówko "Silencio".
Chciałam powiedzieć, że nic się nie stało ale nie mogłam nic powiedzieć. Po prostu-z tego krzyku straciłam głos.
Dyrektorka jeszcze raz machnęła patykiem i mruknęła coś niezrozumiałego i odzyskałam głos! Postanowiłam przeprosić profesor McGonagall.
-Przepraszam panią.
-Nic nie szkodzi.

Potem poszłyśmy (ja i profesor McGonagall) do mojego pokoju coś obgadać. Umówiłam się z nią, że przyjdzie do mnie 20 sierpnia i wtedy kupimy potrzebne książki i inne atrybuty czarodzieja. Po wyjściu pani McGonagall otworzyłam list, ale nie wklejam go do pamiętnika. Dzień później były moje urodziny i dostałam ten pamiętnik. ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
W ten sposób dotarłam do dnia dzisiejszego, ale nie obiecuję że będę dużo pisać, bo muszę oszczędzać kartki na rok szkolny.

12 sierpnia 1999 roku

Nie pisałam tak długo z powodów znanych już tobie, mój pamiętniczku. Dzisiaj przyszła do mnie profesor McGonagall i opowiedziała mi o świecie czarodziei. Zanotowałam wszystko ale nie będę tego tutaj przepisywać, bo nie chcę marnować kartek. Pani McGonagall zostawiła też u mnie kilka czarodziejskich ksiąg, abym mogła przeczytać je i dowiedzieć się więcej o "czarodziejskich sprawach" jak je nazwała profesor McGonagall.

20 sierpnia 1999 roku

Rano przybyła po mnie profesor McGonagall i znowu machnęła długim patykiem który nazywa się "różdżka" mrucząc coś pod nosem. Wtedy... Znalazłam się na dziwnej ulicy pełnej czarodziei.
Usiłowałam zebrać myśli.
-Gdzie ja jestem? -zapytałam, próbując opanować zawroty głowy.-Skąd się tu wzięłam???
-Jesteś na ulicy Pokątnej, ulicy czarodziei-odpowiedział dobrze znany mi głos profesor McGonagall.- Teleportowałyśmy się.
-Tele...Co??- zapytałam głupio.
-Przeniosłyśmy się za pomocą czarów-wyjaśniła nauczycielka (dowiedziałam się od niej, że uczy w Hogwarcie!).
-Aha. Może pani mi powiedzieć dlaczego...
-Dlaczego tak źle to znosisz?? -czarodziejka uśmiechnęła się.-Każdy, który teleportuje się pierwszy raz tak to znosi.
-Czyli teraz nie ma mnie w domu??- zapytałam nie wiem dlaczego.
-Nie.
-A co na to powiedzieli rodzice?? Czy wyrazili na to zgodę?
-Wyrazili.
-To...może... Gdzieś pójdziemy??- zapytałam, grzebiąc nogą w ziemi z zakłopotania.
-Dobrze-nauczycielka wyraziła zgodę-ale musisz zgodzić się na to, co zaraz powiem.
-Tak??
-Ty nie masz za dużo pieniędzy czarodziei, więc jak ci na coś zabraknie, to ci pożyczę.
-Nie! -krzyknęłam oburzona.-Nie, nie jestem żebraczką!!
-Nie jesteś, masz rację-odparła McGonagall.- Nie prosisz mnie o pieniądze, sama ci je daję.
-Ale ja... Ja...
-Ty?
-Ja... Ja nie przyjmę tych pieniędzy!!
-A czemu??
-Czemu?- urwałam i zamyśliłam się.-Bo, proszę pani, nie chcę czyichś pieniędzy!! Mam swoje to mam najwyżej będę kupować rzeczy najtańsze i najgorsze, ale NIE CHCĘ PANI PIENIĘDZY!!!! -ostatnie słowa wykrzyczałam z największą mocą, nie zważając na tłum zgorszonych czarodziei wokół nas.
-Uspokój się, drogie dziecko-twarz McGonagall nabrała powagi.
-No dobrze- ochłonęłam.-Może mi pani pożyczyć pieniądze ale tylko wtedy, kiedy mi moich zabraknie. TYLKO-podkreśliłam trochę głośniej.
-Zgoda.
-To... Chodźmy już!!
Poszłam z profesor McGonagall do sklepów kupić różne rzeczy. Wróciłam bardzo późno, ale byłam zadowolona.

31 sierpnia 1999 roku

Mało dziś piszę, bo muszę się pakować. Rano wpadła do mnie pani McGonagall i oznajmiła mi tę radosną nowinę.

1 września 1999 roku

O 6 rano przyszła do mnie McGonagall, i jak się domyślasz, drogi pamiętniczku, obudziła mnie.
-Wstawaj!! Za 3 godziny jedziesz do Hogwartu!!!
-Ccccooo??- zapytałam niezbyt jeszcze przytomna.
-No trudno-zadecydowała profesor McGonagall. Wyciągnęła różdżkę machnęła nią, powiedziała coś i...
-AAAAAA!!!!!!NIECH PANI PRZESTANIE!!!- krzyknęłam odganiając od siebie małą chmurkę burzową, która wisiała nad moim łóżkiem.
-Wstajemy!- krzyknęła pogodnie nauczycielka.-Przynajmniej nie musisz się myć pod prysznicem-dodała i odczarowała mnie.
-Brrrr- dygotałam z zimna.-Po każdym prysznicu trzeba się wytrzeć.
-A rzeczywiście-mruknęła czarodziejka.-Zapomniałam o tym.
I wyczarowała trzy ręczniki, które mnie wycierały.
-Dobrze-powiedziałam, kiedy byłam już sucha-już wstałam. Co mam robić??
-Musisz się ubrać, zjeść śniadanie, dokończyć pakowanie i oczywiście powiedzieć mi po co ci te 10 walizek-wyliczała na palcach nauczycielka.-Byle szybko, przez to budzenie cię straciłyśmy już pół godziny!!
-Dobrze-odpowiedziałam i poszłam do łazienki się przebrać. ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
-Dobra. Jestem gotowa na teleportację- powiedziałam.
McGonagall teleportowała nas i...
-Stąd się jedzie do Hogwartu?? -zapytałam, widząc zwykły peron.
-Nie, trzeba jeszcze trochę podejść. Idź za mną. Tylko się nie bój!
Złapała jeden z moich wózków z walizkami i torbami i... poszła prosto NA ŚCIANĘ!!!O nie, ona chce się zabić!!
Ale... Gdy doszła do ściany ZNIKNĘŁA!!!!
No dobra, idę.
Podeszłam do ściany i...
ZNALAZŁAM SIĘ NA INNYM PERONIE!!!!!!!!!!!
Przy wejściu czekała na mnie McGonagall.
-I jak??
-Dobrze.
-Idziesz?
-Tak.
-Odprowadzić cię do pociągu?
-Dobra.
-Ja i tak się teleportuję.
-Aha.
-Czy chciałabyś o coś zapytać?
-Tak.
-To mów.
-Czy... No wie pani...
-Nie wiem.
-No... Czytałam o Harrym Potterze, młodym czarodzieju, który pokonał Sama-Wiesz-Kogo...
-I??
-I obliczyłam, że on ma tyle lat, co ja...
-I?
-I czy on... Czy on idzie dziś do Hogwartu?
-Tak.
-I jedzie tym pociągiem??
-Tak.
-Znajdę go!!
-Jak chcesz.
-Pozwala pani??
-Tak.
-Hura!!!!!
-Zaraz odjedzie. Idź już.
-Do widzenia!!
-Do widzenia.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Po wejściu do pociągu weszłam do przedziału, w którym było najspokojniej. Siedzieli tam chłopcy, jeden rudy, a drugi brunet. W tym drugim mogłabym się zakochać...
Weszłam do przedziału.
-Cześć. Czy te miejsca są wolne?- zapytałam wskazując miejsca na których nie siedzieli.
-Cześć. Tak, są wolne-odpowiedzieli jednym głosem.
Usiadłam na miejscu.
-Jak się nazywacie?
-A ty?- odpowiedzieli razem.
-Ja? Ja jestem Hermiona Granger.
-Ja Ron Weasley- przedstawił się rudy.
-A ja Harry Potter- powiedział czarny.
Wszystko zawirowało mi w głowie. Kocham się w Harrym Potterze??
Nagle drzwi od przedziału otworzyły się. Stał w nich wysoki blondyn.
-A więc ty jesteś Potter?
-Tak-odpowiedział hardo.
-Ja nazywam się Malfoy.
-A ja nie-walnął Harry.
Ron zachichotał.
-Potter, chcę ci pomóc.
-A ja nie chcę ci pomóc.
Ron skręcił się ze śmiechu.
-Zadajesz się z hołotą taką jak Weasley'owie!!
-Zadaję się z hołotą taką jak Malfoy'owie!!
-Potter! -powiedział i wyciągnął różdżkę.
Ja też to zrobiłam i wstałam.
-O, Potter, masz kochankę??
Nie wytrzymałam. Walnęłam go w ten ulizany łeb.
Wyszedł szybko i pobiegł do swojego przedziału.
-Dzięki-powiedział Harry.
-Jeszcze i ty mnie uratujesz.
-Tak.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~Do jechaliśmy do Hogwartu. Przesiedliśmy się do powozów do których mogły się zmieścić 3 osoby. Jak myślisz, z kim byłam?? Tak! Z Harrym i z Ronem. Ustaliliśmy, że zawsze będziemy razem - na razie jako przyjaciele...
-Chłopaki?
-Hm? - jak ja lubię, kiedy odpowiadają jednym głosem!
-Skoro mamy być zawsze razem, to co zrobimy, kiedy Tiara przydzieli nas do innych domów? Ja mogłabym być w Ravenclawie, ty, Ron w Hufflepuffie, a ty, Harry, mógłbyś być w Gryfinndorze.
-Przecież istnieje przyjaźń między domami-wybełkotał Ron.
-Ale jest też Quidditch- zauważył Harry. -Co jeśli będzie grał Gryffindor z Ravenclawem?
-No... Nie wiem-odparł Ron.
-Hej, wysiadamy! -krzyknęłam. ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~Do łodzi wsiadaliśmy we trójkę. Dopłynęliśmy nimi do Hogwartu.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Hogwart. Wspaniały zamek z niezliczoną ilością wież i wieżyczek. To zobaczyłam, kiedy wysiadłam z łodzi. Prędko pobiegliśmy do szkoły, bo było bardzo zimno. Gdy znalazłam się w środku zakrztusiłam się ze zdumienia. Na ścianach wisiało tysiąc obrazów, a na każdym postacie ruszały się. Nie mogliśmy dłużej podziwiać tych obrazów, bo wyszła po nas profesor McGonagall.
-Chodźcie za mną-rzuciła w pośpiechu.-Ceremonia zaraz się zacznie.
Poszliśmy posłusznie do sali obok. Nie była mała, ale mniejsza od sali wejściowej.
-Tu przygotujecie się do Ceremonii-wyjaśniła McGonagall.
-Kim pani jest?- zapytał ktoś z sali.
-Nazywam się Minerwa McGonagall i jestem zastępcą dyrektora tej szkoły oraz nauczycielką transmutacji.
-Co to jest tranzfuticja? -zapytał ten sam głos.
-Transmutacja-mruknęła McGonagall. -To nauka o tym, jak zamieć coś w coś innego.
-Aha-zrozumiał ktoś inny.-Czyli jak się nauczymy transmutacji, to będziemy mogli zamienić w proch tą szkołę? -Malfoy wyszedł zza kolegów. -A może będziemy mogli, po nauce zaklęć, zabić wicedyrkę?
-Malfoy... Ja cię ostrzegam... Jeszcze jeden taki wybryk w roku szkolnym, a wyrzucę cię ze szkoły!
-Spoko Minerwo, pójdę wtedy do Durmstrangu.
-Ty!!!!! -rzuciłam się na Malfoya. -Odszczekaj tę Minerwę!!
-A bo co?
-Chyba pamiętasz, Malfoy, drogę do Hogwartu??
-Jaką drogę?
-Jazdę pociągiem-wysyczałam najbardziej jadowicie jak mogłam-i nasze spotkanie. Odszczekaj!!
-Hau hau!- Malfoy stał się potulny jak baranek.-Hau hau hau.
Cała szkoła się śmiała.
-Panno Granger-powiedziała McGonagall-Ten dom, do którego zostaniesz wybrana, zyskuje 50 punktów .A ten w którym ty będziesz, Draco, traci 50 punktów .A teraz idziemy do Wielkiej Sali.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Wielka sala była naprawdę wielka. Mieściły się w niej cztery ogromne stoły dla uczniów i jeden duży stół dla nauczycieli. Sufit sali był zawsze taki sam jak niebo na zewnątrz-teraz było gwiaździste. Ustawiliśmy się pod ścianą, czekając na swoją kolejkę.
Po kilku minutach oczekiwania, nadeszła ta chwila.
-Granger, Hermiona! -zawołała McGonagall.
Usiadłam na stołku, a McGonagall włożyła mi na głowę Tiarę.
-GRYFFINDOR!!
Usiadłam przy stoliku Gryfonów, i czekałam na kolej Harry'ego .Na wszelki wypadek zarezerwowałam obok siebie 2 miejsca.
-Potter, Harry!
Harry usiadł na stołku.
-GRYFFINDOR!!!!
Zaprosiłam Harry'ego na miejsce obok mnie. Czekaliśmy...
-Weasley, Ronald!
Ron podszedł powoli do stołka.
-GRYFFINDOR!!
-Brawo Ronuś!- krzyknęli dwaj starsi chłopcy, którzy, jak się później okazało, byli jego braćmi.
Ron usiadł obok nas.
-Ci dwaj to Fred i George, moi bracia. Straszne z nich urwisy, co tydzień dostają wyjca.
Popatrzył na nasze zdumione miny i wyjaśnił.
-Wyjec to taka czerwona koperta, do której rodzice mogą się nawrzeszczeć i wysłać dzieciom.
-Mój wuj powinien to znać-wyznał Harry. -Przecież codziennie na mnie wrzeszczy.
Wybuchnęliśmy śmiechem.
-To ty, Harry, mieszkasz z wujem? -zapytałam.
-Porozmawiamy w dormitorium.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~ ~
Po kolacji dopadłam Harry'ego.
-Harry?
-Hm?
-Obiecałeś!
-Że?
-Że porozmawiamy w dormitorium!
-No dobrze. To było tak:
Jak już pewnie wiesz, pokonałem Voldemorta. Ale nie wiesz, w jaki sposób .No więc Voldemort chciał mnie z jakiegoś powodu zabić. Moi rodzice o tym wiedzieli i chronili mnie jak mogli. Ale kiedyś coś przeoczyli i Voldemort dostał się do domu moich rodziców. Moja matka do ostatka mnie chroniła więc Voldemort zabił ją. Ale wtedy wokół mnie wytworzyła się bariera, tarcza, której żadna moc nie mogła pokonać. Voldemort rzucił na mnie zaklęcie zabijające.
-I co wtedy?
-To zaklęcie odbiło się ode mnie i trafiło w niego. Przeżył, ale nikt nie wie, gdzie teraz on się znajduje. Ja wyszedłem z tego cały, została mi tylko blizna na czole-dodał odsłaniając grzywkę.
Rzeczywiście, miał na czole bliznę w kształcie błyskawicy.
-I co?
-Zamieszkałem u wujostwa.
Poszłam do dormitorium i długo nie mogłam zasnąć, bo rozmyślałam nad słowami Harry'ego.

2 września 1999 roku

Obudziłam się bardzo wcześnie, bo o 5.30.Sprawdziłam w podziale godzin co i kiedy dzisiaj mamy, i zobaczyłam, że dziś śniadanie mamy od 6.30. Postanowiłam się ubrać i zrobić wszystko co trzeba, potem zejść do Wielkiej Sali na śniadanie, a później wrócić do dormitorium i trochę poczytać aż do rozpoczęcia zajęć, czyli do ósmej. Około 7.00 wstał Harry, a równo o 7.30 wstał Ron. Pierwszą lekcją była Transmutacja. Ach, zapomniałam, piszę tu plan zajęć:

PONIEDZIAŁEK WTOREK
śniadanie od 7.00 śniadanie od 6.30
lekcje o 8.30 lekcje o 8.00
spis lekcji: spis lekcji:

Zaklęcia Transmutacja
Historia magii Ziołologia
OPCM(2 godziny) Wróżbiarstwo(2 godz.)
OPCM
Obiad około 12.00(popołudnie)
do 13.00 Obiad o 12.30
lekcje o 13.10 do 13.30
lekcje o 13.40
Transmutacja(2 godz.)
Eliksiry(2 godz.)



ŚRODA CZWARTEK
śniadanie od 9.00 śniadanie od 5.30
lekcje o 10.15 lekcje o 7.00
spis lekcji: spis lekcji:

Zaklęcia(2 godz.) Wróżbiarstwo
Eliksiry
Obiad ok. 12.00(ppł.) OPCM
do 13.00 ONMS(2 godz.)
lekcje o 13.10
Obiad ok. 12.00
Historia magii do 13.20
Ziołologia lekcje o 13.30

Zaklęcia
Mecz Quidditcha


PIĄTEK SOBOTA
śniadanie od 10.00 śniadanie od 10.00
lekcje o 10.50 lekcje o 11.00
spis lekcji: spis lekcji:

ONMS(2 godz.) Mecz Quidditcha
Latanie

Obiad ok. 12.00 Obiad ok. 12.00
do 13.00 do 14.05
lekcje o 13.15 lekcje o 14.15

Historia magii Eliksiry
Transmutacja


NIEDZIELA
DZIEŃ WOLNY

Piszę też listę nauczycieli:
Eliksiry- prof. Severus Snape
Transmutacja- prof. Minerwa McGonagall
Wróżbiarstwo- prof. Sybilla Trelawney
OPCM- prof. Remus Lupin
Ziołologia- prof. Eliza Sprout
Historia magii- prof. Herro Binns
Zaklęcia- prof. Elestor Flitwick
Latanie- prof. Ella Hooch

Plan zajęć napisany, ale ja muszę śpieszyć się na transmutację. Na transmutacji były głównie sprawy organizacyjne, ale pod koniec pani McGonagall pokazała przykład transmutacji-zamieniła się w kotkę.
Na ziołologii głównie uczyliśmy się nazw roślin, i tego, co by się stało, gdyby ktoś znalazł taką roślinę.
Na wróżbiarstwie omawialiśmy, co to jest to wróżbiarstwo, jak się go uczy, jakie pani Trelawney ma wymagania, i co będzie trzeba przynosić na każdą lekcję, a co od czasu do czasu.
Na OPCM-ie (Obrona Przed Czarną Magią) poznawaliśmy łatwe zaklęcia, których będziemy się uczyć w tym roku.
Po obiedzie, zanim poszłam na lekcje eliksirów, odrobiłam część zadania, które nam zadała Trelawney (2 stopy pergaminu o tym, co to jest wróżbiarstwo i o tym, jak trzeba uczyć się wróżbiarstwa).
Eliksiry były wielką porażką dla Ślizgonów, z którymi mamy lekcje. Najpierw zdobyłam 10 punktów dla Gryffindoru, bo znałam składniki najprostszego z eliksirów, a potem zdobyłam jeszcze 50 punktów, bo zrobiłam ten eliksir w najlepszym czasie i pobiłam rekord Hogwartu o 10 minut.
Po eliksirach pobiegłam prędko do dormitorium i dokończyłam zadanie dla Trelawney a także odrobiłam zadania z eliksirów i z transmutacji. Nie zdążyłam odrobić ziołologii i OPCM-u, bo musiałam iść na podwieczorek. Po powrocie z podwieczorku razem z Harrym i z Ronem zabrałam się do zadań domowych z OPCM-u i ziołologii. Na kolację poszłam późno, bo nie mogłam wymyślić, jak mogę pomóc chłopcom, a gdy wreszcie wymyśliłam, zorientowałam się, że ich obok mnie nie ma. Po prostu - poszli na kolację. Pobiegłam prędko i ledwo zdążyłam dokończyć kolację rozległ się dzwon, który dzwoni albo na wstawanie rano, albo kładzenie się spać.

10 września 1999 roku

Nie pisałam tak długo, bo nie miałam o czym - po prostu nic się nie działo. Dziś rano okazało się, że nie mamy lekcji, bo jest jakieś tam święto. I po co wstawałam tak wcześnie? Po to, aby dowiedzieć się, że niepotrzebnie? Po wysłuchaniu tej wiadomości od prefekta dziewczyn (od Nancy Porou) zeszłam na dół, do pokoju wspólnego. Czekali już tam Harry i Ron.
-Ty też już wiesz? -zapytał Harry.
-Tak.
Zapadło chwilowe milczenie. Przerwałam je.
-Może zejdziemy na śniadanie?- zaproponowałam.-Nie warto tak siedzieć, zaraz będzie można wejść-do Wielkiej Sali można było wejść tylko na posiłki.
-Dobra-odparł Ron.
Zeszliśmy na dół.
-Ojej, spójrzcie!- zawołał Ron.- Nie dostaniemy się tam! -przed drzwiami tłoczyło się ze 40 osób.
-Ron, nie panikuj. Czterdzieści osób to nie cały Hogwart. -odparł Harry.
-Cały Hogwart już wszedł. Oni nie mają miejsca!
Podeszliśmy bliżej. Ron miał rację.
-Co zrobimy? -zapytałam.
-Nie wiem-odparł Harry. -Idźmy po dyrektora.
-Dobra.
Poszliśmy, ale zanim doszliśmy do połowy schodów zobaczyliśmy na ich końcu panią McGonagall i dyrektora (Albusa Dumbledora).
-Co tu się dzieje?- zapytał Dumbledore.
-Oni nie mają miejsca, coś się stało panie profesorze-odpowiedziałam.
-No nie! -krzyknęła McGonagall i deportowała się.
-Pilnujcie, aby nikt nie wpadał w panikę-nakazał Dumbledore i także się deportował.
-Ja pilnuję tych, co już stoją! -krzyknęłam. -Ron, bierzesz nadchodzących Ślizgonów i Puchonów, a Harry uspokaja Gryfonów i Krukonów!
Po chwili z Sali wyszedł Dumbledore.
-Jakoś sobie radzimy, a jak tu?
-Dobrze-odpowiedziałam.
-Ty, ty i ty-Dumbledore pokazał palcem trzech uczniów-pójdziecie do innych nauczycieli. Zawiadomicie ich i poprosicie o przyjście. Ty-zwrócił się do jednego z nich- pójdziesz po panią Hooch, profesora Snape'a i po panią Sprout. Ty-powiedział do drugiego- pójdziesz po pana Binnsa, pana Flitwicka i po panią Pomfrey (ona jest czarodziejską lekarką).A ty -powiedział do trzeciego-pójdziesz po panią Trelawney i po profesora Lupina.
-Dobrze-odpowiedzieli chłopcy chórem.
-O.K.- powiedział Dumbledore. -Panno Granger!
-Tak?
-Proszę nadal pilnować uczniów. A gdzie są pan Weasley i pan Potter?
-Pilnują uczniów gdzie indziej.
-Aha. Trzydzieści punktów dla Gryffindoru!- krzyknął w stronę klepsydr, które pokazywały ilość punktów danego domu i się deportował.
Zaraz potem pojawili się obok mnie wszyscy nauczyciele.
-Co się stało panno Granger? -zapytał profesor Lupin.
-Nie wiem, coś się dzieje w Sali.
-Aha.
Deportowali się z głośnym trzaskiem. Chwilkę po tym pojawił się Dumbledore.
-Wszyscy uczniowie proszę do dormitoriów! -wołał.-Wszyscy do dormitoriów!
Prędko odnalazłam Harrego i Rona i poszliśmy do dormitorium.
-Jak myślisz, co się stało? -zapytałam Nancy Porou.
-Nie wiem.
Nagle weszła McGonagall.
-Dziś śniadanie odbędzie się o godzinie 10.30, a obiad od 13.00 do 14.30-oznajmiła.-Kogo przyłapię wcześniej lub później na skradaniu się do Wielkiej Sali tego WYRZUCĘ ZE SZKOŁY.MACIE pozostać w dormitorium. Możecie wychodzić TYLKO do łazienki, która mieści się na trzecim piętrze.
-Aaa.. Jeśli ktoś pójdzie do tej na czwartym? -spytał cichy głosik.
-To, oczywiście, nic mu nie zrobimy. Możecie korzystać nawet z toalet dla prefektów, jeśli wszystkie inne będą zajęte, ale na drugim piętrze niech Gryfonów nie widzę! -odparła McGonagall.
-Gdzie pójdą inni?- zapytał ktoś inny.
-Krukoni razem z wami-powiedziała McGonagall -Ślizgoni do toalet w lochach, a Puchoni powyżej piętra na którym mieszkają, czyli drugiego.
-Czy w toaletach na trzecim piętrze możemy spotkać Puchonów? -znowu ktoś z sali zapytał.
-Tylko na piętrze czwartym. Wy powinniście korzystać z tych na czwartym, piątym i szóstym, a Krukoni na szóstym i siódmym. Ślizgoni też jakoś się pomieszczą, bo lochy są rozległe.
-A jeśli się ktoś nie zmieści?
-Na pewno wszyscy naraz nie pójdą-powiedziała profesorka tonem ucinającym dyskusję.-A teraz inna nowina-rozpromieniła się nauczycielka.-Macie ze mną lekcje aż do śniadania. Kto odrobił zadanie domowe?
W ciszy podniosłam rękę.
-Tylko panna Granger? -zdziwiła się nauczycielka.
Po chwili Harry podniósł rękę.
-Jja...Mam tylko o pół cala do końca, chciałem to dokończyć dziś przed zajęciami, ale...
-Dobrze. Panna Granger otrzymuje szóstkę i 10 punktów dla Gryffindoru. Pan Potter otrzymuje szóstkę minus i 5 punktów dla Gryffindoru. A reszta otrzymuje karne zadanie domowe: napisać PRZYNAJMNIEJ stopę pergaminu na temat "Dlaczego powinienem odrabiać prace domowe z transmutacji w ten sam dzień, w który zostały zadane" .Jutro rano panna Granger zbierze pergaminy i mi je zaniesie.
Klasa jęknęła.
-Trzeba było odrabiać prace domowe. Tak, panno Granger ?-zapytała widząc moją podniesioną rękę.
-Chciałabym też dostać dodatkowe zadanie, aby nie zapomnieć niczego.
-Dobrze. Zrobisz to samo.
-Mogę na jutro?
-Możesz.
-A jak do pani przyjdę to będę mogła napisać krótkie dyktando?
-Tak.
-A na jaką długość mogę zrobić to dodatkowe zadanie?
-Najwyżej 5 stóp.
-Tylko tyle???
-Może być 10.
-Dziękuję.
Pani McGonagall sobie poszła, a ja wyczarowałam mnóstwo zwojów papieru.
-Każdy bierze po jednym!- krzyknęłam.-Macie zapełnić całą jedną stronę, bo każda kartka ma stopę i cal długości.
Harry podszedł do mnie.
-Ja też mógłbym?- mruknął.
-Tak-wyczarowałam kartkę papieru.-Wszyscy idą po swoje pióra!- zwróciłam się do innych.-Przyniesiesz?
-Tak.
Chwilę potem Harry wcisnął mi w rękę moje pióro.
-Piszemy! Najpierw temat! -wykrzykiwałam.-Możesz mi ich popilnować? -zwróciłam się do Harrego kiedy już napisałam te 10 stóp.-Muszę iść po książki do biblioteki.
-Jasne- odparł.-Cicho być, bo dostaniecie jeszcze dwie stopy o Zaklęciu Milknącym! -zwrócił się do tłumu.-Proszę pisać! Macie godzinę, potem robimy stopę dla Flitwicka! Kto dla Flitwicka zrobił? Nikt? W takim razie...
Reszty zdania nie usłyszałam, bo wyszłam z dormitorium. Pobiegłam korytarzem do biblioteki.
-Dzień dobry, pani Pince.
-Co ty tu, dziecko, robisz?
-W dormitorium urządzamy wspólne uczenie się, poproszę coś o zaklęciach i coś o wróżbiarstwie.
-Na kogo mam wpisać?
-Część na Granger Hermionę a część na Pottera Harrego.
-Proszę bardzo.
Pobiegłam do dormitorium.
-Dalej, piszcie! -usłyszałam głos Harrego. -Za 15 minut robimy zaklęcia!
-Jak u ciebie? Dobrze się uczą?
-Kazałem im napisać pod tematem teorię transmutacji. Niektórzy piszą jeszcze na drugiej stronie, bo się źle zachowywali.
-Extra!
-Za...eeee...-spojrzał na zegarek-dziesięć i pół minuty kończymy.
-Mam tu książki o zaklęciach i trochę o wróżbiarstwie.
-Fajnie. Przejrzyjmy je i przygotujmy plan.
-Jaki plan?
-Czego będziemy dziś uczyć.
-Aha.
-Dzieciaki, jeszcze pięć minut!!
-Cicho!
-Kończcie!
-Bądźcie ciszej!
Tak oto przekrzykiwaliśmy się przez 5 minut.
-KONIEC!!!ODDAJCIE PERGAMINY!!! -zawołaliśmy po tych pięciu minutach.
Wszyscy rzucili się do nas.
-NIE WSZYSCY NARAZ!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! ! -wrzasnęłam.
Potem było kilka podobnych lekcji, czyli zaklęcia i wróżbiarstwo, a po wróżbiarstwie...
-Proszę wszystkich Gryfonów o wyjście z dormitorium! -zabrzmiał głos profesor McGonagall.
Gdy ponownie weszliśmy do środka, na środku Wspólnego stało dziesięć stołów, a na każdym z nich leżały potrawy.
-Trochę się przeciągnęło, więc macie teraz obfity obiad !-zawołała McGonagall.
I powiedziała prawdę. Stoły uginały się od jadła.
-Hmm...Jeden, dwa...Siedem, osiem...-mruczał Ron.
-O co chodzi?- spytałam powstrzymując śmiech.
-Liczę, ile potraw znajduje się na tym stole.
-Phi hi hi!- parsknęłam niespodziewanie.
-O co...HAHAHA -Ron też ryknął.
Przy drzwiach dormitorium stała McGonagall trzymając za ucho Malfoya, który był przebrany za jakiegoś dorosłego faceta, ale miał na sobie tylko górną część kostiumu. Obok stali jego goryle, Vincent Crabbe i Gregory Goyle, ubrani podobnie, ale Crabbe miał środkową część kostiumu, a Goyle dolną.
Całe dormitorium już padało ze śmiechu.
-No, panie Malfoy, proszę nam teraz wyjaśnić, po co pan to przyszedł- surowy głos McGonagall uciszył wszystkich.
-Ch...chciałem...zrobbić Gryffindoroooowi doooooowcip-wyjęczał Malfoy zalewając się łzami.-Chciałem...sięęę przeeedstaawić jaaaakooo...mugol.
-A czemu?
-Bbo...Chciaaałeem narobić wszystkim strachuuu...BO NIENAWIDZĘ POTTERA!! -nagle głos mu się zmienił.-JEGO I JEGO PRZYJACIÓŁ!!!I JEGO DOMU!!!NIE CIERPIĘ MUGOLI!!I WSZYSTKICH, KTÓRYCH MUGOLE LUBIĄ, KTÓRYCH MUGOLE ZNAJĄ, WSZYSTKICH, KTÓRYCH POPIERAJĄ MUGOLI!!!!!!!!!!! I NIENAWIDZĘ DYREKTORA!!!!!!!!!!!!!!!!!!
-Malfoy...Ja cię ostrzegam...-zaczęłam.
-A co mi może zrobić głupia szlama?
-To.
Walnęłam go po raz trzeci odkąd go poznałam. Prosto w nos. I poprawiłam. Podziałało.
-Gryffindor zyskuje 50 punktów! A Slytherin je traci! -wykrzyknęła McGonagall.
-Orz ty...-zaczął Malfoy.
-Malfoy! Do dyrektora! -przerwała McGonagall.- Jedzcie, jedzcie.-uspokoiła pozostałych.
Zjadłam chyba po trzy dokładki z każdego dania. Do kolacji nie mogłam nic przełknąć, taka byłam napchana.

17 września 1999 roku

McGonagall ogłosiła, że na transmutacji będziemy zamieniać różne przedmioty w maski i stroje na Halloween.

20 września 1999 roku

Na lekcji latania udało mi się złapać piłkę. Nie było to łatwe, ponieważ piłka leciała wysoko i szybko. Ale jednak. Dostałam 100 punktów dla Gryffindoru.






o c e ń     u t w ó r

Niestety, tylko zalogowani użytkownicy mogą oceniać utwory.

s t a t y s t y k a

śr. ocen : 3.00
il. ocen : 2
il. odsłon : 4516
il. komentarzy : 3
linii : 450
słów : 5069
znaków : 30234
data dodania : 2007-07-11

k o m e n t a r z e

    a u t o r : TheMarysia
    d a t a : 2013-03-09

Szkoda że nie trzymasz się kanonu z książki. łatwiej by się czytało. Twoja wersja również jest interesująca, ale jakoś mi nie pasuje Hermiona przyjaźniąca się i kochająca w Harrym od pierwszego dnia w Hogwarcie. Dziwne jest też dla mnie to że Harry tyle wie o czarodziejech skoro wychował się u Mugoli. Ale przecież o to w całym pisaniu chodzi prawda? Żeby pokazać innym swoją wersję wydażeń. To Twój blog, rób z nim co chcesz.
~~Marysia~~

    a u t o r : wSzklanceWody
    d a t a : 2011-06-12

=>


Jak na wiek to bardzo fajnie napisane. Znalazłam kilka powtórzeń, ale co tam fajnie się czytało

    a u t o r : wSzklanceWody
    d a t a : 2011-06-12

=>


Jak na wiek to bardzo fajnie napisane. Znalazłam kilka powtórzeń, ale co tam fajnie się czytało

strona 1 z 1
strona : 1  

d o d a j    k o m e n t a r z

Niestety, tylko zalogowani użytkownicy mogą dodawać komentarze.



p o l e c a m y



o    s e r w i s i e