FanFiction.pl wiersze poezja serwis poetycko - literacki

u t w ó r


kategoria : Proza / Fikcja / Inna



Wina

a u t o r :    Virgina


w s t ę p :   

Zastrzegam na wstępie, iż opowiadanie to ( a raczej coś między nim, a esejem) tyczy się pewnych zdarzeń oraz osób, które nie występują na fanfiction.pl
Mam jednak nadzieję, że spodoba się w jakis minimalny sposób czytelnikom. Cóż. Niewiele mogę powiedzieć. Pisałam je pod wpływem chwili. Są to moje osobiste odczuia, w pewnym sensie, lecz nigdy się takie rzeczy nie zdarzyły.



u t w ó r :

Wina.

Uwaga!
Niniejsze opowiadanie autorka napisała pod wpływem chwili. Nie może ono służyć za podstawy do jakichkolwiek spekulacji. Przedmioty, miejsca i osoby występujące w utworze, są jak najbardziej prawdziwe, jednakże wzięte w sposób fantastyczny. Proszę nie dziwić się ani nie zrażać treścia utworu. Za szkody poniesione na psychice, autorka nie odpowiada.

Napisała
Paulina Kozak vel Virgina Viga Best


Spojrzałam na zachód słońca, które ledwie kończyło swą wędrówkę. Samotna łza spłynęła po mym policzku.
- Boże, Boże mój... czemus mnie opuścił?* - szepnęłam, ocierając twarz.
Boże mój, pomyślałam. Jak to tego doszło?
Rozejrzałam się wokół i westchnęłam z rezygnacją.
Boże...
Życie...
Czym ono jest? Czym staje się dla każdego z nas?
Dla jednych jest promykiem nadziei, nigdy nie gasnącej. Oni biorą wiadro, idą do Strumienia Egzystencji i czerpią z niego wszystko, co najlepsze. Nie patrzą za siebie czy na bokiu. Spoglądają w przyszłosć i we własne istnienie.
Inni patrząc na to pasmo udręk, marzą jedynie o tym, aby je zakończyć. Dla nich maleńki nóż, ostrzejsze narzędzie niesie nadzieję na lepszą egzystencję. Czemu więc czasem jej nie przywołać?
Czym życie było dla mnie?
Nie wiem... Chwilami tym promieniem nadziei... częściej pasmem udręk. Ale chciałam. Starałam się, miałam nadzieję. I co się stało?
Upadłam.
Zdeptali mnie.
Ach, czemuż, czemuż to się zdarzyło?
Najpierw szkoła...
Potem rodzina...
Na końcu przyjaciele...
Za co?!
Dream... Kochana, wścibska i nieco egoistyczna...
Przyjaźń. Boże, jakież to naiwne słowo! Zabrakło tego zaufania... zabrakło współczucia...
Upadłyśmy razem.
Czy głupie 'proszę' wszystko zniszczyło?!
Jeśli tak... przepraszam... Dream...
Myślałam, ze podołam. Chciałam tego, jak niczego w świecie. Pragnęłam...
Znów spadłam. Zabrakło przyjaciół, którzy by mnie podnieśli...
Ja umarłam dla niej. Nie ma nauki, nie ma szkoły i kierunku. Nie ma wrednej Pani T., niezrównanego Pana G....
Nikogo nie ma.
Odeszli.
Czemu?! Bo jestem inna? Bo kocham i marzę? Bo współczuję?
Zapóźno. Ja się taka urodziłam.
Choć wiem, ze to na nic. Nikt mnie nie usłyszy. Doba romantyzmu dawno przeminęła i wyparła ją nowoczesność... tylko ja tego nie dostrzegłam. A może już nie umiem zawrócić?
Wyrzucili mnie.
Bo niby kto poświadczy, że nie jestem Ku*wą? Kto da sobie rękę uciąć, że mam gdzie mieszkać? Zresztą... z czego mam płacić składki szkolne?
Nie mam choćby grosza.
Bo dom też był jedynie budynkiem. Marnym, zbudowanym z betonu miejscem, gdzie nie było czasu na uczucia.
Miłość - słowo, jak każde inne. Przynajmniej dla mnie. Nie wniosło nic do mego życia.
Bo kogóż kochać?
Być kochanym? Przez kogo?
Ojca pijaka i awanturnika? Tego, który najpierw gotów chama ze zkóry obedrzeć, a potem własną rodzinę zniszczyć? Gdzie u niego miejsce na miłość? Jedynie na wódkę i ból.
Matkę, która świata poza pieniędzmi nie dostrzega? Dla niej ważna forsa, a nie życie i rodzina. Skandal, a nie czysta i dozgonna miłość.
Siostrę wreszcie... Jedyną, dla której skoczyłabym w ogień. Którą kochałam... a odeszła z nimi...
I dom prawdziwy, choć elektorniczny zawalił się.
Bowiem fundamenty legły, a bez nich dom ruiną jest.
Fundament pierwszy... tak skory i bystry...
Co podtrzymywał resztę i nie dał się.
Fundament drugi, pierwszemu bliski...
Co odeszedł, jak on załamał się.
Fundamenty inne... które dom podtrzymywały...
Które dniem i nicą żywit i istnienie wyznaczały.
Odeszły kolejno, a z nimi ja.
Czemu me serce za nimi łka?
Czemu wciąż myślę o tamtej godzinie?
Choć życie dalej płynie i płynie.
Pragnę powrócić do tamtej chwili.
Me serce i dusza za nimi kwili.
Chcę już się znaleźć, gdzie były drogi...
Króte łączyły nam ręce i nogi.
Pragnę wieczorów, wspólnych rozmów dawania...
Gdy tak wiele było do darowania.
Pragnę powrócić do miejsca, które upadło.
Odeszło, znikło, zawaliło się, zbladło.
Odeszli pierwsi, poszli i inni...
Choć to ci pierwsi byli winnymi.
Upadły kolejno fundamenty wielkie.
Nadzieje i płacze na nic były wszelkie.
Pierwszy fundament starał się nad siły.
Razem z drugim i resztą wielkie poty były.
Nie wyszło, zostało.
Zniszczono domek mały.
Nadziei brak pozostał mi,
A w oczach lśnią tylko łzy.

Gdzie oni teraz są?! Odeszli... a z nimi ja. Umarli... ja też. Od wewnątrz, cóż więc różnicą? Od zewnątrz trzeba... przemóc się.
Chwyciłam nóż, leżący na ziemi. Spojrzałam nań i łzy popłynęły mi znów po policzkach.
- Żegnaj straszne życie, żegnaj gorzki świecie* - powiedziałam cicho.
Moja dłoń zacisnęła się na rękojeści noża.
Jedno pchnięcie.
Jeden upadek.
Sekunda bólu.
Jedna śmierć i...
Pustka.

"Bo nie masz szczęścia
Gdy drobna rzecz boli.
Bo nie masz miejsca
Gdy nikt z obok nie stoi.

Czasami kres nasz
Wyznaczami sami
Zatrzymujemy czas
To, co było jest za nami. "






o c e ń     u t w ó r

Niestety, tylko zalogowani użytkownicy mogą oceniać utwory.

s t a t y s t y k a

śr. ocen : 0.00
il. ocen : 0
il. odsłon : 2393
il. komentarzy : 0
linii : 100
słów : 922
znaków : 4809
data dodania : 2006-02-07

k o m e n t a r z e

Brak komentarzy.

d o d a j    k o m e n t a r z

Niestety, tylko zalogowani użytkownicy mogą dodawać komentarze.



p o l e c a m y

o    s e r w i s i e